Wednesday, May 28, 2008

Pocałuj Polkę

Za kilka tygodni zakończy się remont jej pracowni graficznej w East Village na Manhattanie. Nareszcie właścicielka firmy "Kiss Me I'm Polish" będzie mogła ją urządzić po swojemu.


Mieszczące się w przerobionym sklepiku studio Agnieszki Gasparskiej ma tutaj swoją siedzibę już od trzech lat, więc w końcu przyszedł czas na renowację. Na okres remontu "squattuje" - jak sama to określa - w biurze znajomych, z którymi sąsiaduje drzwi w drzwi.
Agnieszka jest projektantem graficznym, warszawianką z Ursynowa. Do Nowego Jorku przeprowadziła się w wieku 11 lat, skończyła szkołę na Queensie. Dziś mieszka na Brooklynie. "Bardzo lubiłam zajęcia plastyczne, ale jeszcze wtedy nie myślałam, że czymś takim będę zarabiać na życie" - wspomina. Poza plastyką miała też dryg do nauk ścisłych. Pojawił się więc pomysł zostania architektem. "Ojciec żartował, że jeden architekt w rodzinie wystarczy, więc..." - śmieje się Agnieszka. Dostała się na Cooper Union School of Art. "To niesamowite środowisko, ludzie jak z innego świata, odmiana dla rzeczywistości, którą znałam z publicznej szkoły na Queensie" - mówi.
Podczas studiów wrócił pociąg do przedmiotów ścisłych. Rozwiązaniem okazało się połączenie plastyki i informatyki. "Zawsze fascynowało mnie obserwowanie, jak pomysł czy jakiś projekt graficzny przeistacza się w faktyczne zastosowanie, jak wizualnie rozwiązać jakiś problem. Pomyślałam, że coś takiego mogłabym robić" - tłumaczy. Jeszcze podczas studiów zaprojektowała logo dla sieci szpitali, w skład której wchodzi Bellevue Hospital. Projekt obejmował zastosowanie też nowego znaczka na teczkach, szpitalnych dokumentach, lekarskich fartuchach i wizytówkach. "To było w ramach zajęć" - przyznaje.

Po studiach została zatrudniona w nowojorskiej firmie Funny Garbage, która specjalizuje się w projektowaniu rozmaitych rozwiązań interaktywnych - stron internetowych, tzw. kiosków z prezentacjami multimedialnymi, animacji komputerowych. To w tej firmie Agnieszka zaprojektowała trzy kioski poświęcone historii kosmosu dla planetarium Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku. Przez ekrany dotykowe gość muzeum może poznać kształtowanie się wszechświata. Z zepołem Funny Garbage zaprojektowała również rozwiązania strony graficznej dla serwisu ekonomicznego Bloomberg. "To było ciekawe wyzwanie, bo co można zrobić ze stroną, na której właściwie nie ma nic tylko cyfry i wykresy. Ale przez proste inteligentne kompozycje, udało nam sie dodać coś do prezentacjii tych wykresów" - opowiada.

Po 5 latach pracy dla Funny Garbage stwierdziła, czas poszukać innych możliwości rozwoju kreatywności. Coraz bardziej dojrzewała do myśli, że najlepiej będzie, jeśli sama sobie zostanie szefem. Jej nowym miejscem pracy najpierw stał się dom, ale wkrótce doszła do wniosku, że to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę. "Kiedy klienci cały czas dzwonią, to dom przestaje być twoim domem, brakuje miejsca na odpoczynek i relaks" - mówi. Wkrótce pojawiła się możliwość przeniesienia się do własnej pracowni. Już pod własnym szyldem zaprojektowała m.in. stronę i album o jazzie dla nauczycieli muzyki z wykorzystaniem materiałów od Jazz at Lincoln Center. Do ostatnich przedsięwzięć Agnieszki należy kilkukrotne przeprojektowanie strony przewodnika po modzie niezależnej Refinery 29 i stworzenie strony na stulecie kulturalnego przedstawicielstwa Japonii w Nowym Jorku.



Dla National Recording Academy i Grammy przez 9 miesięcy przygotowywała "style guide". Co to jest style guide? - pytam jako dziennikarz ignorant. "To zestawienie elementów graficznych w różnych stylach, które później można na różne sposoby wykorzystać" - tłumaczy Agnieszka i pokazuje mi pokaźny katalog. "Tak naprawdę Grammy miało do dyspozycji tylko znany znaczek gramofonu. Moim zadaniem było zaprojektowanie rozwiązań graficznych nie tylko z wykorzystaniem tego gramofonu, ale z czymś jeszcze. Co to mogłoby być? - to było zadanie" - opowiada. Na kolejnych stronach style-booka są więc rozmaite wariacje na temat muzyki i gramofonów, nut i pięciolini. Od ponad roku, te wzory są wykorzystywane na rozmaitych produktach - od ubrań i akcesoriów, do najróżniejszych materiałów promocyjnych. Niektóre elementy były nawet inspiracją dla producentów zeszłorocznej gali Grammy Awards. "Sprzedaż produktów Grammy Brand, pomaga Akademii finansować ich fundację non-profit" - dodaje Agnieszka.

Projekty Agnieszki można zobaczyć na jej stronie internetowej - www.kissmeimpolish.com. "Niektóre z nich są już dość stare, niektóre rozwiązania graficzne zostały już zamienione na jakieś nowsze innego autorstwa, tak stało się np. ze stroną Bloomberga, która zdążyła się od tamtego czasu kilkakrotnie zmienić" - tłumaczy Agnieszka i przyznaje, że brakuje jej czasu na zaktualizowanie i przeprojektowanie własnej strony. "Tak to jest, że szewc bez butów chodzi..." - śmieje się.
Rozmowę przerywa nam pukanie do drzwi. To listonosz z twarzą schowaną za ogromnym pudłem - przesyłką dla Agnieszki. "Zobacz jaki zabawny zbieg okoliczności. Rozmawiamy o remoncie, a tutaj akurat przyszły zegary, którymi udekoruję pracownię" - mówi z zachwytem w głosie. To trzy tradycyjne okrągłe, zegary z białą tarczą i czarnymi cyframi i wskazówkami. Można powiedzieć surowe czasomierze jak w szkole albo na urzędowym korytarzu. "Właśnie o takie mi chodziło" - cieszy się Agnieszka, która znalazła je na ebayu. "Jeden ustawię na czas polski, drugi na nowojorski, a trzeci na czas Los Angeles. Dlaczego akurat LA? "Aktualnie pracuję nad projektowaniem strony internetowej dla firmy 'Good' - kreatorem pisma pod tą sama nazwą. Główna siedziba firmy jest w Kalifornii, więc ostatnio latam tam średnio raz w miesiącu. A poza tym kocham Kalifornię" - opowiada.

Kilkakrotnie proszona i pytana, nie potrafi wskazać jednego projektu, nad którym praca przyniosła jej szczególną radość. Widać, że jest bardzo zadowolona z tego, co robi, praca sprawia jej satysfakcję, a urządzanie firmy to dla niej ogromna przyjemność. Oprócz projektowania na zlecenia swoje pomysły graficzne przenosi też np. na koszulki albo torby. "Pamiętam jak dwa lata temu w Zakopanem wpadł mi w oko pewien płot. Miał tak niezwykły kształt, że zapamiętałam ten wzór i szukam możliwości jego wykorzystania" - wspomina. W domu ma całe pudła i stosy "wydzierek" z gazet, zdjęć, fragmentów wzorów, opakowań, które jej się kiedyś spodobały i które zachowała do wykorzystania na przyszłość.
Jak walczy o zlecenia? "Najlepszą reklamą jest dobrze zrobiony projekt. W tej branży, tak jak w wielu innych, twoja profesjonalna reputacja buduje się projekt po projekcie. Często jest tak, że nowe zlecenie pojawia się przez polecenie kogoś, z kim kiedyś pracowałam, albo przez to że nowy klient natknął się na którąś z moich dawniejszych prac" - odpowiada. Tak było też m.in. z zaprojektowaniem szaty graficznej na rozkładówkę polskiego pisma "Exklusiv", na której przedstawiono modne gadżety. "To oni jakoś mnie znaleźli i zgłosili się do mnie z propozycją współpracy" - mówi projektantka. W tym samym numerze poświęcili jej krótki tekst ze zdjęciami zaprojektowanych przez nią kolorowych toreb. "Nigdy nie wiadomo, w czyje ręce trafi twoja praca i czy nie doprowadzi cię do kolejnego ciekawego projektu. A poza tym, każda osoba, z którą pracujesz, jest twoim atutem. Jeżeli masz pozytywne stosunki z ludźmi, to drzwi się łatwiej otwierają" - wyjaśnia.
Marcin Poznań

Wednesday, May 14, 2008

Legendy sportu pod jednym dachem


Właśnie otwarto dla publiczności pierwsze i jedyne w USA muzeum, które dokumentuje dokonania amerykańskich sportowców.

Jest muzeum baseballa w Cooperstown, muzeum piłki nożnej w Oneonta, muzeum koszykówki w Springfield w Massachusetts, ale dopiero teraz swoje podwoje otworzyła placówka rozrywkowo-edukacyjna, która w jednym miejscu, pod jednym dachem gromadzi historię wszystkich dyscyplin sportu, w którym Amerykanie odnosili i odnoszą sukcesy. Jego "ojcem" jest prywatny przedsiębiorca Philip Schwalb, który zabiegał o stworzenie Sports Museum of America (SmA) w Nowym Jorku. Od 2001 r., kiedy po raz pierwszy pojawił się pomysł muzeum, wsparcie zadeklarowały wspomniane wcześniej kolejne "galerie sław" innych dyscyplin sportowych w USA, organizacje sportowe i instytucje związane ze sportem, a także fundacje i prywatni ofiarodawcy.
Muzeum mieści się na samym dole Broadwayu - blisko Bowling Green i Battery Park. Lepszego miejsca niż "Kanion Bohaterów" Schwalb nie mógł sobie wymarzyć - to przecież stąd ruszały parady ku czci sportowców - od heroicznego przejazdu mistrza olimpijskiego lekkoatlety Jesse Owensa po powrocie z igrzysk w Berlinie w 1936 r. do ostatniej celebracji futbolowej drużyny New York Giants, zdobywców Super Bowl.

Zobacz zdjęcia z muzeum TUTAJ

RAMIĘ W RAMIĘ Z GWIAZDAMI

"Nowy Dziennik" miał przyjemność zwiedzenia muzeum, zanim zostało ono otwarte dla publiczności. Mało tego, miał możliwość pierwszego zwiedzania razem z takimi gwiazdami amerykańskiego sportu jak wielki lekkoatleta Carl Lewis, Jim Craig - bramkarz hokejowej reprezentacji olimpijskiej, która na igrzyskach 1980 r. powstrzymała kadrę ZSRR, a także tenisistki Martina Navratilova oraz Billie Jean King, dzięki której w muzeum powstała sala poświęcona kobiecym legendom sportu.
Wcześniej odbyło się uroczyste otwarcie z udziałem burmistrza Michaela Bloomberga, a także innych zaproszonych sportowych sław, m.in. aktualnego mistrza NFL, quarterbacka NY Giants Eli Manninga, byli koszykarze NY Knicks John Starks i Allan Houston, panczenistka Bonnie Blair, rajdowiec Mario Andretti, bramkarz, były reprezentant USA w piłce nożnej Tony Meola, legenda amerykańskiej koszykówki Walt Frazier, weteran dziennikarstwa sportowego Bud Collins i legendarny hokeista NY Rangers Rod Gilbert.
Orkiestry dęte grały motywy muzyczne kojarzone ze sportem, np. "Final Countdown", "Jump" i "Take Me Out To The Ball Game", czirliderki prezentowały swoje akrobatyczne umiejętności, a wszystkim zgromadzonym machały wesoło z piętrowego autobusu maskotki wszystkich nowojorskich klubów sportowych. Nawet stojącemu nieopodal szarżującemu bykowi, posągowi z brązu symbolizującego Wall Street, założono koszulkę z logiem muzeum. Po kilku przemówieniach Billie Jean King posłała kilka piłek tenisowych, odbijając je rakietą w stronę publiczności i zaprosiła do zwiedzania muzeum.

ZOSTAŃ BRAMKARZEM ALBO RAJDOWCEM

Od razu widać, że będą się tu dobrze bawić nie tylko dzieci, ale i ich rodzice. Są tu setki ekranów dotykowych z ciekawostkami na temat sportu, monitory wyświetlają filmy dokumentalne o sportowcach, a w gablotkach umieszczono sportowe "relikwie" – koszulki, medale, piłki i puchary. Jest tu samochód wyścigowy, którym Jimmie Johnson pojechał po najwyższe trofeum wyścigów NASCAR w 2006 r., złota rękawica bokserska z autografami Muhammada Ali i Joe Fraziera z ich drugiego pojedynku w Madison Square Garden w 1974 r., czy np. koszulka Michaela Jordana, w której jako reprezentant USA i członek "Dream Teamu" sięgnął po złoto w Barcelonie.
Dzięki interaktywnym zabawom można wcielić się bramkarza hokejowego - wystarczy włożyć twarz w wirtualną maskę, by zmierzyć się z presją, jaką bramkarz musi znosić, kiedy jego bramka bombardowana jest krążkami. W sali poświęconej wyścigom samochodowym można poczuć się jak prawdziwy kierowca. Wystarczy zapiąć pasy i ... już jesteśmy na torze wyścigowym, pośród hałasu silników i prób wyprzedzania przez rywali. Swoich sił spróbować można jako pracownik rajdowego pitstopu, by jak najszybciej zmienić koło. W sali poświęconej baseballowi wziąć do ręki można kije baseballowe gwiazdorów tej dyscypliny. Jak to jest unosić kij, którym piłkę odbijał A-Rod z Yankees? W multimedialnych galeriach można w jednej chwili znaleźć się na parkiecie wśród koszykarzy, albo zabawić się w komentatora sportowego. Jest osobna galeria poświęcona futbolowi amerykańskiemu, nie zapomniano też o piłce nożnej. Zwiedzającym towarzyszą dobiegające z głośników okrzyki wydawane przez kibiców, a dzięki projektorowi posadzka zamienia się w basen z pływakami albo murawę z toczącą się po niej piłką.

GOGLE PHELPSA, MEDAL OWENSA

Dla dzieci jedną z ciekawszych ekspozycji będzie z pewnością wystawa o sportowych marzeniach do zrealizowania - na ścianach umieszczono zdjęcie znanych sportowców z dzieciństwa z cytatami. Dopiero po odwróceniu tabliczki na drugą stronę, dowiadujemy się, kto taki wyrósł z tych urwisów. W galerii poświęconej amerykańskim sukcesom olimpijskim jedną z ekspozycji poświęcono czarnemu lekkoatlecie Jesse'emu Owensowi, który - zdobywając w sumie cztery złote medale na igrzyskach w Berlinie w 1936 r. - niemiecką publiczność wprawił w zachwyt, a Hitlera doprowadził do wściekłości. Na wystawie można obejrzeć film dokumentalny z tamtych czasów, reprezentacyjny sweter Owensa, przedwojenną kamerę, przepustkę na statek, jego pamiętnik, który spisywał podczas olimpiady, a także zaproszenie na lunch od królowej brytyjskiej.
W poszczególnych gablotkach są medale olimpijskie i repliki medali zdobyte w różnych dyscyplinach i na różnych olimpiadach... Gogle i czepek sześciokrotnego złotego medalisty z Aten, pływaka Michaela Phelpsa oraz "klucz do miasta", który dostał od władz rodzinnego Baltimore. Jest amerykańska flaga, którą owinął się wspomniany już bramkarz hokejowego "Cudu na lodzie" Jim Craig po zwycięskim finale olimpijskim z ZSRR w Lake Placid. Jest też obuwie gimnastyczne, w którym w 1996 r. w Atlancie 19-letnia Kerri Strug złamała kostkę po przeskoku przez konia, ale zapewniła swojej ekipie drużynowy złoty medal. A to tylko kilka z ponad 600 eksponatów i 1100 fotografii....
Aby umożliwić zwiedzającym komfortowe zwiedzania muzeum, bilety wstępu ważne są na określone godziny. Część dochodu ze sprzedaży biletów SmA przeznacza na cele charytatywne - zwiedzający muzeum wspierają więc organizację Pat LaFontaine's Companions in Courage i Fundację Jackie Robinsona (pierwszego czarnego sportowca zawodowej ligi baseballa w USA).
Marcin Poznań

JAK TAM DOJECHAĆ?
Muzeum mieści się przy 26 Broadway, wejście w bocznej uliczce Beaver St.
Najbliższa stacja metra - Bowling Green, pociągi 4 i 5
Wstęp: 27 dol. dorośli, 20 dol. dzieci (do lat 14), do lat 4 za darmo
Internet: www.sportsmuseum.com

Jak TIME tworzy swoją setkę


Co roku tygodnik publikuje specjalne wydanie, w którym przedstawia sto najbardziej wpływowych osób na świecie. Adi Ignatius - jeden z redaktorów pisma - opowiada nam o kulisach tego przedsięwzięcia.

Każdego grudnia już od pięciu lat grono redakcyjne TIME'a dokonuje wstępnej selekcji z tysiąca kandydatur do kolejnego zestawienia setki najbardziej wpływowych ludzi na świecie, które publikowane jest w specjalnym wydaniu na początku maja. Kandydatów spoza USA proponują zwykle korespondenci zagraniczni magazynu. Redakcja korzysta też z pomocy ekspertów w dziedzinie sztuki czy informatyki.
"No i wtedy zaczyna się prawdziwa dyskusja i selekcja do ostatecznej setki, której efekt można zobaczyć w ostatnim wydaniu TIME'a" - opowiada Ignatius, były szef kanadyjskiej edycji pisma, jeden z redaktorów wersji azjatyckiej, a wcześniej korespondent "Wall Street Journal" w Moskwie i Pekinie. Obecnie jest jednym z zastępców redaktora naczelnego amerykańskiego wydania TIME'a.
Jak tłumaczy, co roku redakcja zastanawia się nad wprowadzeniem numerowanej kolejności. "Zawsze dochodzimy jednak do wniosku, że tego wpływu danej osoby na świat nie da się zmierzyć, tak jak mogą to zrobić koledzy z 'Fortune', sporządzając co roku listę 500 największych firm. Co roku podkreślamy to we 'wstępniaku' do tego specjalnego numeru" - wyjaśnia. "Kolejność, w jakiej prezentowani są ludzie z 'setki', nie ma żadnego ukrytego znaczenia. To że polityczną część zestawienia otwiera Dalajlama, a dopiero trzy strony za nim znajduje się Hu Jintao jest raczej efektem koncepcji grafików pracujących nad układem stron" - dodaje Ignatius.
Sto największych osobistości podzielonych jest jednak na kategorie - Liderzy i Rewolucjoniści, Budowniczy i Tytani, Artyści, a także Naukowcy i Myśliciele oraz Herosi i Pionierzy. TIME udostępnia też łamy innym znanym osobistościom, których prosi o skomentowanie wyboru danej kandydatury. Często powstają z tego zaskakujące pary, np. o prezydencie George'u W. Bushu pisze Silvio Berlusconi, żona kandydata na prezydenta Michelle Obama ocenia Oprah Winfrey, Madeleine Albright komentuje wybór Władimira Putina, a Bill Clinton osobę Tony'ego Blaira.

CAŁY ŚWIAT W JEDNYM MIEJSCU

W 1999 roku redaktorzy TIME'a pomyśleli o stworzeniu rankingu postaci, które miały największy wpływ na świat w mijającym stuleciu. Zestawienie otwierał Albert Einstein. Po opublikowaniu listy redakcję zasypały tysiące komentarzy z całego świata - nie brakowało ostrych sprzeciwów wobec umieszczenia danej osoby w zestawieniu, a braku innej. "Ale wniosek był jeden - pomysł spodobał się czytelnikom" - mówi Ignatius. "5 lat temu postanowiliśmy więc, by co roku przygotować zestawienie stu najbardziej wpływowych ludzi na świecie" - dodaje. Dziś jest to najważniejszy numer w kalendarzu wydawniczym TIME'a zaraz po wydaniu, w którym tygodnik przyznaje tytuł "Człowieka Roku".
Jak zawsze większość listy stanowią Amerykanie. "Nie ukrywamy naszej stronniczości - jesteśmy w końcu amerykańskim tygodnikiem, ale z drugiej strony aż 42 osoby z tegorocznego zestawienia to ludzie spoza USA, reprezentujący 29 krajów. Choć i na to można różnie popatrzeć - czy magnat prasowy Rupert Murdoch jest Amerykaninem czy Australijczykiem, czy szefowa PepsiCo. Indra Nooyi jest Hinduską czy Amerykanką... We współczesnym świecie te granice się zacierają, według mnie nie mają też większego znaczenia" - ocenia redaktor TIME'a.

SENSACJE I NIESPODZIANKI

W tym roku na listę powrócił prezydent USA, którego nie było w poprzednim zestawieniu. Wielu czytelników nie mogło tego wówczas zrozumieć. "Rzeczywiście pominięcie prezydenta w ubiegłorocznej 'setce' spotkało się z dużą krytyką. Wtedy uznaliśmy, że Bush nieco stracił inicjatywę, miał wręcz negatywny wpływ na wydarzenia, jego popularność wśród opinii publicznej się kurczyła, przestał być osobą, przy której boku wiele osób chciałoby się pokazać na przyjęciu" - komentuje Adi Ignatius. "Od tamtego czasu jednak podjął kilka ważnych decyzji, m.in. o zwiększeniu zaangażowania wojska w Iraku. Uznaliśmy, że ktokolwiek zostanie nowym prezydentem Ameryki będzie musiał przejąć bagaż jego prezydentury i choćby dlatego Bushowi należy się miejsce w tegorocznej 'setce'" - dodaje.
Oprócz prezydenta w zestawieniu znalazła się cała trójka kandydatów na jego następcę, po raz piąty uwzględniono Oprah Winfrey, która tym samym obecna jest w 'setce' od początku jej istnienia. Zabrakło natomiast w tym roku m.in. Osamy bin Ladena (jego miejsce zajął Muqprezes tada al-Sadr) oraz prezydenta Iranu Mahmouda Ahmadinejada.
Na liście jest też szef Rezerwy Federalnej Ben Bernanke, choć np. jego poprzednik Alan Greenspan nigdy nie dostąpił tego zaszczytu. Jest i Ratan Tata, "ojciec" samochodu dla mas za 2500 dolarów i nowy właściciel marek Jaguar i Land Rover. Nie ma zaś tegorocznego noblisty Ala Gore'a. "Uznaliśmy, że Gore, który znalazł się na ubiegłorocznej liście, dzięki swojej klimatycznej krucjacie, ma potencjał, który uczyniłby go jedną z najbardziej wpływowych postaci minionego roku roku, gdyby wykorzystał ten wpływ do poparcia jednego z kandydatów na prezydenta USA" - odpowiada Ignatius.

BURMISTRZ WSZEDŁ NA DRZEWO

W kategorii "Herosi i Pionierzy" znalazł się burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg. Uznano jego wkład w pomysł stworzenia z metropolii wzoru najczystszego miasta planety Ziemia, przypominając jego inicjatywę posadzenia miliona drzew, wymiany części floty żółtych taksówek na auta napędzane silnikiem hybrydowym, czy wsparcie pomysłu wycofania ze sklepów foliowych reklamówek.
Aby podkreślić zaangażowanie burmistrza w ochronę środowiska, fotograf TIME'a Gregory Heisler poprosił Bloomberga, by ten wszedł... na drzewo. "Zgodził się, nie robiąc żadnego problemu. Sesja zdjęciowa odbyła się w parku okalającym ratusz, a schodzącemu z drzewa burmistrzowi kibicowali zaglądający przez płot ciekawscy przechodnie. To bardzo sympatyczna historia" - wspomina Ignatius. Efekt można podziwiać w specjalnym numerze TIME'a. Swoją "wpływową osobę" wybrali też czytelnicy w internetowym sondażu - 1,7 mln na 8,8 mln oddanych głosów uzyskał Shigeru Miyamoto, projektant konsoli do gier i systemu Nintendo Wii.
Osoby z listy biorą udział w gali TIME'a, która co roku na początku maja odbywa się w Jazz at Lincoln Center w Nowym Jorku. "Na tę uroczystość honorującą najbardziej wpływowych zapraszamy też i tych, których wyróżniliśmy w ten sposób w latach ubiegłych" - mówi Ignatius. "Cały czas krąży wśród nas myśl, by z tego grona stworzyć jakąś radę, która pomagałaby nam wybierać 'setki' w przyszłości" - dodaje.
Redaktor TIME'a przyznaje, że w ciągu pięciu lat obecność na liście stała się prawdziwą nobilitacją. "Coraz więcej ludzi chce się na niej znaleźć. A że ma ona znaczenie niech świadczy to, że wpisy na Wikipedii uwzględniają w opisach znanych osób obecność na naszej liście" - zauważa Ignatius. Poza lobbingiem na rzecz uwzględnienia danej osoby w zestawieniu redakcja miała do czynienia i ze zjawiskiem odwrotnym. W przeszłości doświadczyła m.in. nacisków z Pekinu, by nie uwzględniać prezydenta Tajwanu Chen Shui-biana.

KTÓRA OKŁADKA LEPSZA?

W specjalnym wydaniu TIME'a redakcja opublikowała 5 różnych okładek. "Chcieliśmy podkreślić, że po pierwsze jest to piąta taka lista, a po drugie, że selekcja, której dokonujemy nie jest wcale taka prosta, także w przypadku wyboru okładki" - wyjaśnia Ignatius. Jedna z pięciu różnych koncepcji to kompilacja wszystkich stu tzw. główek - czyli małych zdjęć osób z listy na jednej okładce. Druga to wycięcie paska z każdej twarzy i ułożenie jedna na drugiej, dzięki czemu powstał kolarz ze stu twarzy, a trzeci pomysł to cała biała okładka z czerwonym logiem tygodnika odwróconym do góry nogami i słowa napisane drobnym drukiem na środku strony: "Sto ludzi z zupełnie odmiennym spojrzeniem na świat".
"Ta ostatnia miała w redakcji najwięcej zwolenników, ale powiedzmy sobie szczerze, jak na okładkę jest okropna. Stanęliśmy przed dylematem: albo zainteresuje ludzi swoją niecodziennością, albo wręcz przeciwnie, ludzie nie będą chcieli wziąć takiego pisma do ręki" - wspomina proces decyzyjny Ignatius.
Redakcja rozważała nawet opublikowanie tego wydania tygodnika w kilku mutacjach z różnymi okładkami, ale to rozwiązanie okazało się zbyt kosztowne. Ostatecznie wybrano wariant z setką "główek", ale pozostałe okładki również można zobaczyć na kolejnych stronach numeru. Adi Ignatius, całkiem poważnie: "Moim faworytem była opcja z fragmentami stu twarzy nałożonymi na siebie. Według mnie powstała z tego twarz, która wyglądem przypomina trochę Lecha Wałęsę".
Marcin Poznań


TIME
Jeden z najpoczytniejszych tygodników opiniotwórczych w USA z edycjami zagranicznymi. Obecny nakład 3,3 mln egz. w USA, kolejne 3 mln egz. wersji zagranicznych. Wydawnictwo TIME Inc. należy do koncernu Time Warner, który wydaje także m.in. magazyny "Life", "Fortune", "Sports Illustrated", "People", "Marie Claire", jest właścicielem m.in. CNN, AOL, wytwórni filmowej Warner Bros. i New Line Cinema, kablówki Time Warner Cable i kanału Cartoon Network.

Polacy będą mieli blisko do Ikei


Już za kilka tygodni szwedzka sieć z tanimi meblami otworzy swój pierwszy duży sklep w Nowy Jorku.

18 czerwca wielkopowierzchniowy sklep z meblami i artykułami domowymi otwarty zostanie w Red Hook na Brooklynie przy 1 Beard St. - tuż nad nabrzeżem East River. Będzie to czwarty sklep Ikei w metropolii - oprócz dwóch w New Jersey (Paramus i Elizabeth), Ikea jest też obecna w Hicksville na Long Island. Teraz jednak Polacy będą mieli do niej wyjątkowo blisko.
Na Red Hook kończą swój kurs jeżdżące przez Greenpoint autobusy B61, które już od jakiegoś czasu na wyświetlaczach z oznaczeniem trasy mają napis "Ikea Terminal". Poza tym do Ikei można też dojechać metrem G - najbliższa stacja to Smith-9 St., z której należy się przesiąść na autobus B77. Dodatkowo Ikea zapewni darmowe autobusy, kursujące między sklepem a stacją metra. Dojechać tu można również, wykorzystując jeden ze zjazdów z autostrady BQE - Fort Hamilton.

Od decyzji o otwarciu Ikei na Brooklynie minęło 6 lat. Przeciwni byli głównie mieszkańcy starego portowego sąsiedztwa. Trudno się dziwić - Szwedzi zajmą 22 akry atrakcyjnego terenu na Red Hook, skąd doskonale widać Statuę Wolności i dolny Manhattan. Obawiają się także korków i napływu dużej liczby samochodów.
Menadżer nowej Ikei Mike Baker tłumaczy, że to właśnie dzięki jego firmie mieszkańcy zyskają rzeczywisty dostęp do nabrzeża - 6 akrów przeznaczono na promenadę - a klienci będą mogli się cieszyć panoramą Manhattanu, zajadając tradycyjne szwedzkie kulki mięsne w sklepowym bufecie. Ikea musiała zachować lokalne zabytki - cztery suwnice portowe, kołowroty pomagające statkom cumować, a także betonowe klocki z nazwami zawijających do portu statków towarowych. Nie zachowano jednak kilku portowych budynków i suchego doku, w którym remontowano statki. Ikea zapłaciła za poszerzenie jezdni na Hamilton St., skąd skręca się na parkingi. Przy zatrudnianiu priorytet mają mieszkańcy Red Hook. W sumie w Ikei na Brooklynie ma pracować ok. 600 osób.

Szwedzkiej ekspansji nie obawiają się sprzedawcy mebli sprowadzanych z Polski. "Nie uważam, by Ikea miała odebrać nam klientów. W końcu są już 3 inne sklepy tej sieci" - mówi Łukasz Żuber, sprzedawca z firmy Greenpoint Furniture, która ma dwa sklepy przy Manhattan Ave. na Greenpoincie. Jego zdaniem meble z Polski są o wiele lepszej jakości. Przyznaje jednak, że cieszą się obecnie nieco mniejszym powodzeniem, bo przez taniego dolara ich sprowadzenie stało się droższe. "Meble z Ikei są powiedziałabym z niskiej półki. One są dużo tańsze, ale szybko się też niszczą" - usłyszliśmy w Hurtowni Mebli Polskich przy 340 Morgan Ave. Tu również uważają, że polskie meble są najlepsze, zamawiane w renomowanych fabrykach w Polsce i bardzo dobrze wykonane.
Jednak wiele artykułów sprzedawanych w Ikei, w tym drewnianych mebli, również produkowanych jest w Polsce.
Zgodnie ze szwedzkim obyczajem, zamiast przecięcia wstęgi 18 czerwca odbędzie się uroczyste przepiłowanie pnia drzewa na szczęście.
Marcin Poznań

Friday, February 1, 2008

Uzależniony od popcornu


O tym, że ze sprzedaży prażonej kukurydzy poza salami kinowymi można zrobić niezły interes przekonać się można w Nowym Jorku.


Jak zwykle w takich wypadkach potrzebny jest dobry pomysł, opakowanie i... lokalizacja w strategicznym z turystycznego punktu widzenia miejscu. Firma Dale and Thomas Popcorn... - tak, to drugie nazwisko współwłaściciela należy do byłej gwiazdy koszykówki NBA, a obecnie do znienawidzonego przez kibiców trenera Knicksów - ma swój sklep m.in. na Times Square na Manhattanie. Isiah Thomas, u którego w domu rodzinnym się delikatnie mówiąc nie "przelewało", wychowany został na popcornie - rodzice kupowali go do jedzenia swoim dzieciom, bo był tani i sycący. Pewnego razu trafił do fabryki popcornu na Upper West Side, spróbował prażonej kukurydzy i postanowił zainwestować w wytwórnię. Wówczas też zmieniono nazwę firmy z "Popcorn, Indiana" (takie miejsce naprawdę istnieje!), a siedzibę przeniesiono do Englewood w New Jersey.

Szef kuchni do spraw popcornu

Kluczem do sukcesu okazało się opatentowanie smaków, jakimi można doprawiać otwarte ziarna kukurydzy. Dale and Thomas Popcorn ma obecnie w asortymencie kilkadziesiąt rodzajów popcornu. Niektóre smaki są wprowadzane do sprzedaży w zależności od pory roku - aktualnie można spróbować m.in. prażonej kukurydzy o smaku cynamonu, wędzonego sera cheddar, karmelu, toffi i czekoladowego masła orzechowego. Kiedy indziej promowane są np. smak "popuccino", (nietrudno się domyślić o jaki chodzi), słodko-kwaśny BBQ, buffalo wings albo ziołowo-czosnkowy. Ponieważ sam jestem miłośnikiem popcornu, bez którego z trudem obchodzę się podczas oglądania jakiegokolwiek filmu, nie byłbym sobą, gdybym nie popróbował choć niektórych z tych wyjątkowych smaków.
W sklepie można kupić także zestawy podarunkowe - kosze wypełnione kilkoma-kilkunastoma paczkami prażonej kukurydzy w różnych smakach. Dla fanów popcornu można kupić zestaw odpowiednich miseczek, a na imprezę - 3,5-galonową puszkę smakołyku za 35 dolarów. Wśród tych ostatnich są i ręcznie malowane 6,5-galonowe blaszane puszki, które wystarczą i na 100-osobową prywatkę. Cena? 500 dolarów.
W Dale and Thomas chwalą się, że pracuje dla nich pierwszy na świecie kucharz - specjalista od popcornu. To właśnie Ed Doyle występuje w reklamach i akcjach promocyjnych, bo też właśnie on jest autorem nowatorskich smaków, w których mogą przebierać klienci. Kupować popcorn można też przez internet.

Z Chicago do Nowego Jorku

Przy 34 Ulicy pomiędzy 7 a 8 Aleją w okolicach Madison Square Garden i Penn Station znaleźć można z kolei sklep z prażoną kukurydzą sieci Garrett, która powstała w Chicago prawie 60 lat temu. Prażone wyroby tej firmy zaliczała kilkakrotnie do swoich ulubionych Oprah Winfrey, co dużo znaczy, a już z pewnością jest rekomendacją ściągającą klientów i ich pieniądze. Rodzina Garrettów nie ma może tak wielu smaków popcornu jak Dale i Thomas, ale konsekwentnie promuje swoje trzy najbardziej znane rodzaje - kukurydzę zwykłą, serową i karmelową. Każdy klient może sam dobierać sobie smaki kukurydzy, a - by ułatwić mu zadanie - w sprzedaży jest tzw. mix - 2 lub 3 smaki w jednej puszcze. Dla różnych rozmairów żołądków i podniebień przygotowano różne rozmiary blaszanych puszek - od 1 do 6,5 galonów pojemności. Cena? Od 26 do 130 dolarów. Drugi punkt sieci Garrettów w Nowym Jorku jest przy 5 Alei - na wysokości 46 Ulicy. Pozostałych 5 znajduje się w Chicago.

Friday, January 11, 2008

Miejskie toalety jak z innej planety...













... czyli reportaż z publicznego sracza

Na Manhattanie pojawił się pierwszy z dwudziestu publicznych, w pełni zautomatyzowanych szaletów miejskich.

Premierowa ubikacja stanęła w czwartek w Madison Square Park od strony Madison Ave. W piątek rano, kiedy przyjechałem zrobić zdjęcie tej nowości, ktoś był w środku. Na swoją kolej czekałem dość długo. Jednak trudno się dziwić - za 25 centów każdy chciałby wykorzystać maksymalnie 15 minut przysługujących na jedną wizytę. W tym czasie zdążyłem dokładnie obejrzeć ubikację z zewnątrz. Jest wielkości kiosku z gazetami i doskonałym miejscem na zamieszczenie na niej reklam, których jeszcze brakuje. Obok odsuwanych niczym w windzie drzwi panel światełek, dających znać, kiedy toaleta jest zajęta, kiedy otwarta, kiedy zepsuta, a kiedy zamknięta na noc. "W nocy wiele ludzi chciałoby się w niej pewnie przespać, albo uprawiać seks" - mówi uśmiechając się Eliuzes Serrano, pracujący przy sprzątaniu parku.



Kiedy już chcę wchodzić, pan Serrano nakazuje mi się wstrzymać. Tłumaczy, że po każdym użyciu drzwi zamykają się na minutę, a pusta toaleta jest dokładnie dezynfekowana. Widać, że z zachwytem opowiada o nowym obiekcie w swoim miejscu pracy. Czekam na zielone światełko obok napisu "Vacant". Wrzucam swoje 25 centów i drzwi się otwierają. Wchodzę przy mrugającym na pomarańczowo świetle. Tu chwila konsternacji, bo drzwi zamykają się dopiero po kilkunastu sekundach, a brakuje przycisku, który mógłby zamknięcie drzwi przyspieszyć, jak np. w windach. Aż boję się pomyśleć, co może zrobić osoba z pilną potrzebą... Zacząć ją załatwiać przy otwartych drzwiach?
W wyciszonym wnętrzu, o wiele większym niż w przenośnych, plastikowych toaletach, jest dość chłodno i mokro. Krople są pozostałością po cyklu dezynfekcyjnym. Dlatego papier toaletowy, którego podajnik uruchamia się przyciskiem, jest cały zmoczony. Muszla klozetowa w kolorze metalicznym i o bardzo wąskiej krawędzi sprawia wrażenie zimnej i nie zachęca do posadzenia na niej swojego ciała, mimo dostępnych papierowych podkładek do rozścielenia. Nie słychać odgłosów ulicy, ani muzyki, a jedynie spokojnie szumiącą klimatyzację. Ktoś kto załatwia dłuższą potrzebę, może tu poczuć się niemal jak Adam Małysz testujący nowy kombinezon w komorze aerodynamicznej.



Czas wypróbować równie metaliczną jak muszla umywalkę - nad nią jeden uruchamiany fotokomórką moduł. Najpierw dłonie spryskiwane są wodą z mydłem, następnie obmywane czystą wodą, a na końcu włącza się suszarka. Z przysługujących mi 15 minut na wizytę w nowej miejskiej toalecie wykorzystałem może z 5, załatwiając krótką potrzebę i robiąc kilka zdjęć wnętrza dla gazety. 3 minuty przed upływem kwadransa zapala się światełko ostrzegawcze, a po tym czasie drzwi się otwierają. Ja nie czekam tak długo. Naciskam przycisk, który umożliwia otwarcie drzwi wcześniej.



W najbliższym czasie w różnych częściach Nowego Jorku staną kolejne takie "cudeńka". Każda toaleta kosztuje ponad 100 tys. dolarów. Ustawia je hiszpańska firma reklamowa Cemusa na podstawie wartej 1,4 mld dol. umowy z miastem. Podobnie jak wiaty przystanków autobusowych i budki z gazetami są one dla niej nośnikami reklamy.


Tuesday, December 11, 2007

Nasza-klasa pomaga odnaleźć starych znajomych

Kiedy grupa wrocławskich studentów zakładała serwis Nasza-klasa.pl, żaden z nich nie spodziewał się, że tak szybko ich pomysł może zamienić się w taki sukces.

W listopadzie minie rok, odkąd istnieje strona internetowa. Za granicą istnieją podobne, np. amerykański serwis Classmates ze swoimi wersjami we Francji, Niemczech i Skandynawii. W Classmates można szukać znajomych poprzez szkoły, do których chodzili, przez wojskowy oddział, w którym służyli, czy też po prostu poprzez miejsce pracy, w którym byli zatrudnieni.
Nasza-klasa.pl to pierwszy tego typu serwis społecznościowy w Polsce. Można tutaj odnaleźć znajomych poprzez szkoły - służy do tego specjalna mapa Polski z miastami i wyszczególnionymi szkołami - albo poprzez wyszukiwarkę, gdzie wpisuje się nazwisko i miasto. W bazie danych naszej-klasy.pl jest 60 tys. szkół z całej Polski. Są tam też szkoły, które zostały przed laty zlikwidowane, ale ich zachowanie w bazie danych pomaga uczniom z tych szkół odnaleźć się nawzajem .

KTOŚ MNIE ZAPROSIŁ

Zaproszenie do Naszej-klasy.pl przysłał mi w maju kolega ze studiów. Wszedłem z ciekawości na stronę i założyłem swoje konto. Wystarczyło wybrać, do jakich szkół chodziłem. W ten sposób mogą mnie znaleźć inni użytkownicy strony. Zauważyłem, że istniała już duża grupa studentów mojej uczelni i założona przez mojego kolegę garstka z kierunku naszego rocznika. Ja postanowiłem pójść jeszcze dalej i spróbować odnaleźć znajomych ze szkoły podstawowej i liceum. Jeśli ich nie ma, można założyć klasę, aby później zaprosić do niej znajomych, wysyłając do nich zaproszenia. Tak też zrobiłem. Każdy, komu wyślę zaproszenie - służy do tego specjalna komenda - i zostanie ono przyjęte, pojawia się wśród moich znajomych. Odwrotnie działa to tak samo - u każdego, kto przysyła mi zaproszenie, które zostanie z kolei przeze mnie zaakceptowane, pojawiam się jako "znajomy".
Wszyscy znajomi są oznaczeni ogólnie - właśnie jako "znajomi" - ale także podzieleni na klasy i szkoły, które każdy z użytkowników może przyporządkować do swojego profilu. Dla użytkowników komunikatorów skype i gadu-gadu twórcy strony stworzyli opcję, dzięki której po załadowaniu listy kontaktów od razu można się przekonać, kto z użytkowników tych komunikatorów ma też konto w Naszej-klasie.pl. Jest też miejsce do wysłanie e-maila z zaproszeniem do portalu osoby, która może nie mieć jeszcze własnego konta w Naszej-klasie.pl.
Każdy użytkownik tworzy swój profil, w którym może podać dane kontaktowe. Jest też opcja zamieszczenia na stronie swoich zdjęć. Muszę przyznać, że to fascynujące oglądać, jak pozmieniali się ludzie, których ostatni raz widziało się kilka-kilkanaście lat temu. Gdzie dziś mieszkają, gdzie pracują, że założyli rodzinę, że mają już dzieci... Ta strona naprawdę pomaga odświeżać stare znajomości.

JAK TO DZIAŁA

Autorzy strony uzupełnili ją o możliwość wysyłania sobie wiadomości oraz o fora internetowe, na których dyskutować mogą uczniowie tych samych szkół, choć z różnych roczników. Na forum poświęconym mojemu liceum wdałem się w dyskusję o najlepiej wspominanym nauczycielu. To ciekawe móc dowiedzieć się, jak uczący się dziś w tej szkole widzą tych ludzi, którzy uczyli mnie tak dawno. Ba, że jeszcze uczą...
Zresztą kilku nauczycieli jest też wśród moich "znajomych". Najbardziej zaskakujące w pozytywnym znaczeniu tego słowa są zaproszenia do grona "znajomych" od osób, które mnie znały, a mnie w ich przypadku pamięć zawodzi. Pytają co porabiam, wspominają stare czasy i wysyłają zdjęcia... "Zapukała" do mnie koleżanka z liceum, która zaczynała naukę w szkole, kiedy ja już szykowałem się do matury. Zapamiętała mnie, choć ja - przyznam się - w ogóle jej na początku nie kojarzyłem...
Odkąd założyłem swój profil w maju, minęło 5 miesięcy, a na moim koncie jest już ponad 60 znajomości - od szkoły podstawowej zaczynając, przez liceum i uniwersytet, aż po znajomości z rodzinnego miasta, czyli z tzw. podwórka, na którym bawiliśmy się w dzieciństwie... Wiele osób zostało w starym mieście. Niektórzy pod fotografią przy profilu umieścili nazwy "Londyn", "Manchester", "Nowy Jork" i inne.
Strona aktualizuje się automatycznie. Jeśli ktoś nowy dołączy do naszej klasy lub szkoły albo któryś z naszych znajomych doda jakieś nowe zdjęcie do swojego profilu, wiadomo o tym od razu, bo nowe zdjęcia i kontakty pojawiają się na głównej stronie serwisu, zaraz po tym, jak się do niego zalogujemy.

ZNANY I LUBIANY

"Serwis jest pomysłem tak właściwie jednego chłopaka - Maćka Popowicza - studenta informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim, który nie chciał stracić kontaktu ze swoimi znajomymi z liceum. Popytał kolegów z roku i wraz kilkoma z innymi studentami informatyki postanowili spróbować stworzyć stronę internetową i tak to się zaczęło" - mówi Joanna Gajewska, odpowiedzialna w Naszej-klasie.pl za promocję i kontakty z mediami.
Wszyscy zaangażowani w projekt są wciąż studentami. Najstarszy członek ekipy ma 25 lat. Obecnie pracuje nad nim 10 osób. "Początki były trudne. Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie. Często nie dosypialiśmy, żeby tylko portal działał. A do tego jeszcze nauka" - wspomina Joanna, która skończyła polonistykę i rozpoczęła ostatni rok psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. "Teraz już się to wszystko unormowało, mamy nowe serwery, odpadły więc problemy z szybkością i wydajnością portalu. Co nie znaczy, że mamy mniej pracy, bo serwis cały czas trzeba ulepszać" - dodaje.
Czy pomysłodawcy strony mogli przypuszczać, że tak szybko stanie się sukcesem w Polsce? Po niespełna roku działania Nasza-klasa.pl ma około 750 tys. użytkowników. Joanna przyznaje, że mieli nadzieję, że pomysł portalu się ludziom spodoba, ale nie przypuszczali, że grono użytkowników może tak się rozrosnąć. "Obserwowaliśmy takie fale wzrostu wraz z pojawieniem się materiałów w telewizji o Naszej-klasie.pl" - przypomina.
Najpierw większość osób logujących się na portalu pochodziło z Wrocławia i z Dolnego Śląska. Dziś z serwisu korzystają już osoby z każdego niemal zakątka Polski oraz z zagranicy. Jest już dość popularny wśród Polaków mieszkających w Nowym Jorku - korzysta z niego prawie tysiąc osób, które jako miejsce pobytu wpisują w swoim profilu "New York".
"O Naszej-klasie usłyszałam od znajomych z liceum. Zalogowałam się, żeby odświeżyć stare znajomości i sprawdzić od czasu do czasu, co kto porabia i czym się zajmuje. Odnalazłam wielu znajomych, nawet tych z dzieciństwa i podstawówki. Czasem jest ich trudno rozpoznać, ale to właśnie mi się najbardziej podoba, bo jestem ciągle zaskakiwana przez ich osiągnięcia oraz gdzie się teraz znajdują" - opowiada Gosia Jarema, która studiuje księgowość na uniwersytecie stanowym w Fayetteville w Północnej Karolinie. "Nasza-klasa bardzo mnie wciągnęła. Odwiedzam stronę nawet kilka razy dziennie. Ogólnie oceniam ją jako user-friendly, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu pojawi się na niej więcej aplikacji" - ocenia Gosia, która w przyszłym roku kończy studia i przenosi się do Nowego Jorku. Liczy na pracę w Lehman Brothers. W nowojorskiej centrali tego banku inwestycyjnego odbywała już zresztą staż.
Inna użytkowniczka korzystała dość często z Naszej-klasy.pl, pracując podczas wakacji w jednym z londyńskich oddziałów banku HSBC. "Kierownictwo zablokowało wszystkie strony czatowe i pocztowe, więc kiedy nic się nie dzieje w pracy Nasza-klasa jest jedyną stroną, przez którą mogę się kontaktować ze znajomymi" - pisała do mnie Iza Dudzik, obecnie na lekarskim stażu po Śląskiej Akademii Medycznej.

SPOTKANIA PO LATACH

Serwis początkowo był finansowany niemal w całości z kieszeni pomysłodawców. Pierwsze wpływy z reklam pojawiających się na stronie przeznaczane były na zakup kolejnych serwerów. W pewnym momencie zainteresował się portalem niemiecki fundusz inwestycyjny European Founders, który zainwestował już m.in. w niemiecki portal aukcyjny Alando, wykupiony 8 lat temu przez ebay, a także w LinkedIn - znany portal społecznościowy dla ludzi biznesu oraz w notowany na giełdzie NASDAQ serwis randkowy iLove. Dzięki partnerstwu z funduszem, który wykupił 20 proc. udziałów spółki, znalazły się pieniądze na rozwinięcie poważniejszej działalności. Choć według "Gazety Wyborczej" wartość witryny wyceniana jest na 15 mln zł, trudno jednak mówić jeszcze o zyskach z portalu, bo na obecnym etapie pieniądze służą jedynie na pokrycie kosztów związanych z bieżącą działalnością. Asia w najbliższej przyszłości planuje w całości poświęcić się pracy w Naszej-klasie.pl, bo - jak mówi - na razie ma to charakter "ochotniczo-koleżeński".
Autorzy strony dają użytkownikom możliwość zwracania uwagi na błędy oraz proponowania nowych rozwiązań dla serwisu - co zmienić, dodać, ulepszyć. Służy do tego osobne forum. "Okazuje się, że użytkownicy często korzystali z tej możliwości. Zwracali uwagę, że brakuje im ułatwienia śledzenia zmian dokonywanych przez ich znajomych - że ktoś dodał zdjęcie, zmienił dane kontaktowe. Dlatego jedną ze zmian, które wprowadziliśmy po sugestiach internautów to powiadomienia" - mówi Joanna.
Stworzenie takiego portalu przez grupę młodych ludzi to dla nich olbrzymia satysfakcja. "
Użytkownicy dziękują nam w miłych mailach wysyłanych do nas. Ludzie się rzeczywiście dzięki nam odnajdują. Najwspanialszymi chwilami dla nas i ogromną satysfakcją są te momenty, kiedy piszą do nas ludzie i dziękują, bo udało im się odnaleźć znajomych z lat 60. i 70. Spotykają się ze sobą ludzie po 25-30 latach, którzy nie wierzyli, że jeszcze kiedyś się zobaczą. Temu wszystkiemu towarzyszą duże emocje
" - mówi Joanna. Powstało nawet forum, na którym autorzy strony zachęcają do wymieniania się wrażeniami na temat spotkań po latach.
A czy ty masz swoje konto na Naszej-klasie.pl? - pytam niepewnie Joannę. "No jasne" - odpowiada Joanna ze śmiechem, ale jednocześnie ze zdziwieniem, jak mogę pytać o coś tak banalnego. Kilka godzin po rozmowie z nią na moim koncie w Naszej-klasie.pl pojawia się zaproszenie do grona znajomych od Asi Gajewskiej.

Marcin Poznań

Wednesday, November 7, 2007

Nowy sklep z elektroniką na Ridgewood


Właściciel B-Z John Computer & Electronics - znanego na Greenpoincie salonu ze sprzętem elektronicznym - otworzył kilka tygodni temu swój drugi sklep na Ridgewood.

Do tej pory mieszkańcy Ridgewood po zakupy telewizora czy komputera udawali się zwykle do sklepów przy Myrtle Ave. albo jeździli do dużych centrów handlowych przy Queens Blvd. Teraz do nowoczesnej elektroniki będą mieli znacznie bliżej.
"Greenpoint robi się coraz droższy i jednym z miejsc, gdzie wyprowadzają się stamtąd ludzie jest właśnie Ridgewood" - mówi Janusz Opiola, właściciel nowego sklepu przy 68-19 Fresh Pond Road, który powstał w miejscu, gdzie kiedyś istniała siłownia. "Można więc powiedzieć, że przyszliśmy za klientami" - dodaje. Nie ukrywa, że do sukcesu przyczynia się znana marka sklepu. Pierwszy salon ze sprzętem elektronicznym otworzył na Greenpoincie już 7 lat temu. W obu kupić można nie tylko telewizory czy komputery, ale także sprzęt gospodarstwa domowego, jak np. odkurzacze, żelazka czy pralki. Poza tym B-Z John ma w ofercie m.in. wieże stereo, gry komputerowe, baterie, torby na laptopy. Można tutaj też znaleźć pomoc, jeśli nasz komputer odmówi współpracy i potrzebuje naprawy.
"Wystartowaliśmy kilka tygodni temu. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony obrotami w ciągu pierwszych dwóch tygodni, choć jeszcze wówczas praktycznie nie reklamowaliśmy nowego sklepu, bo byliśmy zajęci jego urządzaniem" - mówi Janusz. Przyznaje, że planował tak "wstrzelić się" z terminem otwarcia nowego sklepu, aby trafić na gorączkę przedświątecznych zakupów.
O polskich klientach ma jak najlepsze zdanie. Stanowią oni zresztą - jak ocenia - 70 proc. jego dotychczasowej klienteli. "Jeśli Polacy kupują sprzęt, to jest to zawsze sprzęt z górnej półki. W przeciwieństwie do Amerykanów stawiamy na bardzo dobrą jakość. Nie kupujemy tanich rzeczy. Na elektronice nie oszczędzamy" - uważa Janusz. W jego sklepie przy FPR pracują 3 osoby, w salonie przy Bedford Ave. - 5 osób.
Mniejsze sklepy z elektroniką wciąż cieszą się ogromną popularnością. Mimo ogromnej oferty ze strony dużych sieciowych sklepów takich jak Best Buy czy Circuit City, niezależne prywatne sklepy wciąż mają swoich wiernych klientów. To właśnie do tych bardziej kameralnych salonów swoje kroki często kierują imigranci gotowi kupić np. telewizor. "To wynika w pewnym sensie na pewno z bariery językowej, ale w dużej mierze sprzedawca w mniejszym sklepie ma zupełnie inne podejście do klienta. W dużym salonie wybór jest nieporównywalnie większy, ale trudno jest otrzymać od pracujących tam ludzi wyczerpujące informacje na temat kupowanego sprzętu. W sklepie takim jak ten mamy czas, by zająć się każdym klientem" - opowiada Janusz.
Marcin Poznań
marcinp@dziennik.com

Friday, August 17, 2007

Oceń metro linii "L"



MTA prowadzi kampanię, podczas której możesz wyrazić swoją opinię na temat "eLki". Na stacjach metra znajdują się ankiety, które po wypełnieniu móżna za darmo wysłać do MTA. Do wypełnienia ankiety zachęcają ulotki z informacjami w 14 językach, w tym PO POLSKU.
Ankietę po polsku można wypełnić na stronie
http://enterprise.mtanyct.info/survey/polish/letters_new.asp

8 listopada podobne ankiety rozdawane będą na stacjach linii G. Natomiast można je po polsku wypełnić już dziś na stronie www.mta.info

Jak zdobyć tanie bilety na "Rent"

Przed każdym spektaklem musicalu "Rent" przy kasach losowanych jest 30 kilka biletow na najlepsze miejsca za 20$.
Wystarczy przyjść przed Nederlander Theatre (W41 St. między 7 a 8 Ave.) i wypełnić kartkę, która następnie trafia do skrzynki. Przed spektaklem przy kasach losowane są nazwiska uprawnione do kupienia tańszych biletów.
Np. na niedzielne przedstawienie o 7 PM, kaartki rozdawane są o 5PM, a pół godziny później następuje losowanie.
Repertuar teatru znajdziesz tutaj

Wednesday, July 18, 2007

Babeczki z Magnolii


Słynną cukiernię Magnolia Bakery rozsławił m.in. serial "Sex & The City". Niedawno wróciła na łamy gazet za sprawą uchybień sanitarnych.

Nie wiadomo, jaki wpływ na stały udział cukierni z West Willage w serialu miała Sarah Jessica Parker. Fakt jednak, że sama mieszka w pobliżu może wzbudzać podejrzenia... Cukiernię otwarto w 1996 roku i już od tamtej pory dała się ona poznać jako "wytwórnia wytwornych deserów", w tym babeczek, ciast, tortów, lodów i andrutów na zimno. To najprawdopodobniej jedyna na świecie cukiernia, która zatrudnia ochroniarza. Jest to nieodzowne - długie godziny otwarcia, potrzeba zdyscyplinowania kolejki oraz przestrzeganie limitu zakupu 12 babeczek na osobę, tak aby ciastek dla wszystkich starczyło. Poza tym kiedy w środku są 3 osoby już robi się tłoczno, bo to bardzo mały sklepik.
W piątkowe i sobotnie wieczory Magnolia staje się tzw. "the place to be" dla młodych, bogatych i snobistycznych nowojorczyków, a zwłaszcza dla nowojorczanek. Przyjść po babeczkę można tu do 11:30 wieczorem (w soboty zamykają pól godziny po północy), choć samą atrakcją jest okazja poznania kogoś lub spotkania ze znajomymi. Nie wspominając już o tym, że cukiernia stała się po prostu także atrakcją turystyczną dla wszystkich tych, którzy namiętnie oglądali perypetie Carrie Bradshaw i przyjaciółek, a przyjeżdżając do Nowego Jorku prędzej przyjdą właśnie tu niż na szczyt Empire State Building. Na pewno Magnolia jest "żelaznym punktem" programu wycieczek śladami bohaterek serialu, których organizatorzy - mimo że serial nie jest już produkowany - nie narzekają na brak klienteli.

CUPCAKE CRAZE

To za sprawą Magnolia Bakery rozgorzało w Ameryce szaleństwo na punkcie babeczek zwanych z angielska cupcakes - ciastka w pomarszczonym papierku z lukrem lub bitą śmietaną i z wisienką albo słodkimi dekoracjami. Sama cukiernia zwyciężyła w 2004 roku w internetowym plebiscycie portalu Citysearch na najlepszą w Nowym Jorku. Po cierpliwym oczekiwaniu na wpuszczenie do środka, można chwycić za pudełko i nabrać sobie kilka różnych ciastek własnoręcznie - ale nie więcej niż 12 - i podejść do kasy, a póżniej już tylko rozkoszować się słodyczą. Każdy sam musi ocenić, czy to aż takie delicje w porównaniu z babeczkami w innych cukierniach.
W 1999 roku para właścicieli cukierni - Allysa Torey i Jennifer Appel wydały wspólną książkę z przepisami na ciastka sprzedawane w Magnolia Bakery. Rok później Appel otworzyła własny biznes - Buttercup Bake Shop - w Midtown na Manhattanie, zaś Torey (znana także jako Lisa Salvatore) sprzedała Magnolię nowemu właścicielowi, który przejął interes od 1 stycznia tego roku. Torey zastrzegła sobie w umowie pozostanie konsultantem cukierni przez jakiś czas.
Magnolia Bakery i jej słynne babeczki nie występowały tylko w "Sex & The City". Cukiernia pojawiła się także w takich filmach jak "Prime", "Devil Wears Prada", a także w jednej z piosenek w programie rozrywkowym Saturday Night Live w 2005 roku.

A GDZIE ZLEW?

11 lipca nowojorski wydział zdrowia, który wydaje licencję wszystkim sklepom sprzedającym żywność i produkującym produkty spożywcze na miejscu, niespodziewanie zamknął słynną cukiernię. Powód? Bardzo prozaiczny. Podczas ostatniej kontroli związanej ze zmianą właściciela okazało się, że w Magnolia Bakery nie ma umywalki dla personelu w miejscu, gdzie dekoruje się słynne smakołyki, drzwiom brakowało klamki, zaś w budynku wykryto ślady mysich odchodów i obecność muszek owocówek.
Aktualny właściciel Steven Ambrams nie przejął się jednak zbytnio tymi obostrzeniami i zapowiedział, że po poprawkach jak najszybciej cukiernię otworzą ponownie. Rzeczywiście... Braki usunięto, nowy zlewozmywak zainstalowano, tak by lokal mógł zostać ponownie otwarty już następnego dnia. Tak też się stało.
Musiało. Bo odpływ klientów stałby się dość odczuwalny dla kieszeni właściciela. A nadwątlonej reputacji Magnolia mogłaby już tak łatwo nie odzyskać.

Marcin Poznań

Jeśli chcesz odwiedzić Magnolia Bakery i spróbować słynnej babeczki, nic bardziej prostszego. Adres: 401 Bleecker Street (przy 11 St.), dojazd metrem A,C, E, L do 8 Ave. i 14 St. albo 1 do Christopher St./Sheridan Sq. Unikaj jednak piątkowych i sobotnich popołudniów z uwagi na długie kolejki.

Wednesday, June 13, 2007

Craigslist - ryż, mydło i powidło


Internautom nie trzeba tłumaczyć, co to Craigslist. Ci, którzy serwisu nie znają, powinni go poznać. Dzięki tym darmowym ogłoszeniom można znaleźć mieszkanie do wynajęcia albo nawet pracę.

Sukces Craigslist.org to z pewnością mieszanka kilku czynników - strona jest prosta w obsłudze, ogłoszenia są darmowe, a sam serwis był pierwszym tego typu w USA. Za narzędzie marketingowe posłużyło przekazywanie sobie informacji o istnieniu Craigslist przez samych użytkowników. "Od 1995 roku, kiedy go zakładaliśmy, rozrósł się do sieci obejmującej około 450 dużych miast w 50 krajach świata. Przy czym wersja językowa każdego z nich pozostaje angielska" - tłumaczy Craig Newmark, założyciel serwisu. Działa także strona "warszawska".

CRAIG@CRAIGSLIST.ORG

55-letni Newmark pochodzi z Morristown w New Jersey. To pulchny łysawy jegomość z grubymi okularami na nosie, który odpowiada moim wyobrażeniom o kimś, kto większość dnia spędza przed komputerem. "Jestem komputerowym dziwakiem i tego nie ukrywam, ale lubię też popołudniowe drzemki" - uśmiecha się. 17 lat przepracował w koncernie IBM. Na spotkanie przychodzi w wymiętej marynarce. Przez długi czas nosił okulary z oprawkami sklejonymi taśmą sam o sobie mówi, że nie przywiązuje wagi do tych rzeczy. Dlatego też późniejsze pytanie o zarobki zbyje odpowiedzią: "To, ile zarabiam nie pomoże mi wykonywać mojej pracy lepiej ani gorzej".
Craigslist nie ujawnia wysokości swoich dochodów, dlatego media muszą się domyślać - i w 2004 roku oszacowali je na 10 mln dolarów. Czy to dużo? Trzeba pamiętać, że większość ogłoszeń na Craigslist umieszczana jest za darmo. W 6 amerykańskich miastach, w tym w Nowym Jorku, serwis pobiera opłaty jedynie za oferty pracy - 25 dolarów. W San Francisco, gdzie powstał Craigslist, płaci się za te ogłoszenia 75 dolarów. Poza tym innymi płatnymi ogłoszeniami są tylko oferty brokerów dotyczące wynajmu mieszkań - 10 dolarów. "To oczywiście ceny o wiele poniżej tych obowiązujących na rynku" - mówi Newmark. Jednak podkreśla, że chodzi tutaj nie o zysk, a tworzenie pewnej wspólnoty ludzi, którzy bądą sobie ufać i nawzajem pomagać.
W siedzibie Craigslist w dzielnicy Inner Sunset w San Francisco pracują oprócz Newmarka 23 osoby, z czego 13 to informatycy, a reszta to pracownicy administracyjni, działu kontaktu z użytkownikami oraz księgowości. Sam Newmark od kilku już miesięcy sam pracuje w dziale pomagającym użytkownikom. "Mój adres to craig@craigslist.org i uwierzcie mi, naprawdę odpowiadam na wszystkie pytania kierowane do mnie tą drogą" - mówi. Niedawno wymienił ten adres podczas wywiadu w ogólnokrajowej telewizji, a po powrocie do hotelu czekało na niego już około 150 maili. "Odpowiedziałem na wszystkie" - zapewnia.

OSZUŚCI PRECZ

W internecie zawsze będą grasować ludzie, którzy będą chcieli wykorzystać sieć do swoich celów. Serwisy takie jak Craigslist, gdzie sprzedaje się rzeczy, szuka mieszkania, oferuje pracę, są doskonałym polem do prowadzenia nielegalnej działalności. Jak radzi sobie z tym Craiglist? "My wierzymy w naszych użytkowników. Ufamy, że działają w dobrej wierze i nie będą robić tego, co mogłoby zaszkodzić im samym. Oczywiście raz na jakiś czas zdarzy się jakaś próba oszustwa, np. nieuczciwy właściciel mieszkania, który weźmie depozyt od kilku osób na raz, albo ktoś zamieścił ogłoszenie i podał w nim numer telefonu swojego największego wroga, narażając go na pobudki w środku nocy. Takie przypadki zdarzają się jednak bardzo rzadko" - odpowiada Craig. Firma nie ma żadnej komórki, która zajmuje się monitorowaniem ogłoszeń umieszczanych na stronach. "O tym, że coś jest nie tak, najczęściej donoszą nam o nich sami użytkownicy. Wtedy my zawiadamiamy po prostu policję, a później sprawą zajmuje się już prokurator" - opowiada Craig. Tak dzieje się też w przypadku prób oferowania seksu przez internet, a także próby sprzedaży narkotyków czy skradzionych przedmiotów. Kilka razy Craigslist korzystało z pomocy miejskich wydziałów zajmujących się ochroną konsumentów.
Na stronach Craigslist można znaleźć wskazówki, jak ustrzec się oszustów, a także jakich sformułowań należy się wystrzegać zamieszczając ogłoszenie na stronie. Autorzy stron znowu skłaniają się tutaj do współpracy z użytkownikami - w tym celu przygotowali specjalną funkcję umożliwiającą internautom "oflagowanie" niektórych podejrzanych ogłoszeń, dzięki czemu administrator strony może dane ogłoszenie usunąć.
"W przypadku prób nadużyć, prawo jest po naszej stronie - my tylko udostępniamy platformę do ogłoszeń" - mówi Newmark. Stwierdził tak sąd w Chicago w 2006 roku po procesie, jaki serwisowi wytoczyła grupa prawników związanych z agentami obrotu nieruchomości. Craigslist zarzucono, że godząc się na umieszczanie w ogłoszeniach opisów mieszkań typu "poszukujemy chrześcijańskiego współlokatora" lub "kościół katolicki w pobliżu" albo też "doskonałe dla pary lub młodego małżeństwa" rzekomo dyskryminuje niektóre grupy klientów. Sędziowie powołali się na konstytucyjne wolności - słowa i prawa do zgromadzeń. "Sądy widzą, że my jesteśmy tymi dobrymi. Zawsze możemy liczyć na ogromną pomoc ze strony prawników, którzy oferują ją za darmo" - mówi Newmark. Jak do tej pory najbardziej tragicznym skutkiem zamieszczenia na Craigslist nieprawdziwego ogłoszenia było zdemolowanie pewnego domu w Tacoma w stanie Waszyngton. Jakiś dowcipniś, podając adres Bogu ducha winnej osoby - choć nie wyklucza się, że mógł to być jakiś wredny sąsiad - napisał w internecie: "Przyjdźcie i weźcie sobie, co tylko chcecie. Wszystko za darmo". Dom został doszczętnie zniszczony i rozszabrowany, łącznie z ciężkimi zlewami kuchennymi i łazienkowym bojlerem.

SAM NIE KORZYSTAM

Każdego miesiąca strony Craigslist notują 5 mld odsłon. Korzysta z nich co miesiąc około 15 mln użytkowników, którzy zostawiają ponad 12 mln ogłoszeń, w tym 750 tys. ofert pracy. Dziś szefem Craigslist jest 45-letni Jim Buckmaster. Chciał być inżynierem, ale zamiast skończyć Virginia Tech, wrócił do rodzinnego Ann Arbor, by studiować medycynę na Uniwersytecie Michigan. Później zmienił zdanie i przeszedł na filologię klasyczną. W 2000 roku zatrudniono go w Craigslist jako głównego programistę. Wyszukiwarka ogłoszeń, system "flagowania", czy prosty system zamieszczania ogłoszeń to jego dzieła. Po niespełna roku pracy w Craigslist objął funkcję prezesa tego przedsięwzięcia.
W 1999 roku Craig Newmark zrobił psikusa fanom Craigslist i 1 kwietnia ogłosił, że będzie startował na burmistrza San Francisco. Choć był to tylko prima aprilisowy żart internauci wzięli go jak najbardziej na poważnie. Polityka tak naprawdę Craiga nie pociąga. "Lubię San Francisco. W Waszyngtonie nie odpowiada mi klimat i mam tu na myśli wilgotność powietrza" - uśmiecha się. "Poza tym obowiązki nie pozwalałaby mi z pewnością na moje ukochane drzemki" - dodaje.
Czy pomysłodawca Craigslist korzysta z ogłoszeń zamieszczanych w tym serwisie? "Kiedyś sprzedałem na Craigslist samochód, ale to było dość dawno temu. Naprawdę po spędzeniu kilkunastu godzin dziennie na pracy związanej z tym serwisem, ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest szperanie w tych ogłoszeniach dla własnej przyjemności" - mówi. Nawiązując do ogłoszeń "randkowych" - których też w serwisie jest bez liku, a których zadaniem jest kojarzenie ludzi w pary, by mogli zawrzeć znajomości - Newmark tłumaczy, że sam przekonał się, iż ciekawego człowieka najlepiej poznać w rzeczywistości nie tej wirtualnej. "Swoją przyjaciółkę poznałem ostatnio w najprawdziwszej kawiarni i jestem z tego zadowolony" - dodaje.
Newmark bawi się też w działalność charytatywną - wsparł ostatnio sumą 10 tys. dolarów grupę NewAssignment.net, która łączy reporterskie wysiłki zawodowców i amatorów w celu stworzenia dobrego internetowego dziennikarstwa śledczego. W 2001 roku powstała też Fundacja Craigslist, która pomaga powstającym małym organizacjom non-profit stanąć na nogi, pozyskać donatorów i przełożyć swój potencjał na sukces.
Marcin Poznań

Strona internetowa - nowojorskiej Craigslist

Thursday, June 7, 2007

Zostań ratownikiem medycznym


Nowy Jork wciąż cierpi na brak rąk do pracy wśród służb ratunkowych. Jeśli chciałbyś poznać smak ratowania ludzkiego życia, może warto zastanowić się nad pracą paramedyka.

Próbując swoich sił jako paramedyk lub technik medyczny (EMT) możesz stać się po prostu częścią Nowego Jorku bardziej niż ci się to kiedykolwiek wydawało. Upadki, pożary, wypadki samochodowe... Jeśli potrafisz udźwignąć na swoich barkach uczucie, że miliony ludzkich istnień mogą zależeć od twojej osoby, to ta praca może być dla ciebie. Ratownicy medyczni FDNY każdego roku odpowiadają na ponad 1,5 miliona wezwań po pomoc. To tyle co trzy telefony na minutę. "Mój gabinet to ulica, a moja praca to ty" - głoszą plakaty zachęcające do wstąpienia w szeregi ratowników medycznych. Jeśli jesteś na to gotowy, spróbuj swoich sił. Bądź tam, gdzie możesz pomóc i przekonaj się, jak to miasto żyje naprawdę.

Licząca 3 tys. osób grupa nowojorskich ratowników medycznych i EMT tworzy największy tego typu oddział na świecie.


"EMT (Emergency Medical Technicians) zajmują się podstawowym podtrzymaniem życia zanim pacjent trafi do szpitala. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że do głównych ich obowiązków należy prowadzenie ambulansu, ładowanie pacjentów do karetki czy otwieranie butli z tlenem, ale też wykonywanie CPR, czyli sztucznego oddychania z masażem serca, oraz unieruchamianie pacjenta na noszach" - wyjaśnia Ewa Koszowska, od 7 lat pracująca jako paramedic w FDNY. "Więcej doświadczenia i umiejętności wymaga praca paramedyka. To już wyższa szkoła jazdy" - dodaje. Paramedics mogą udzielać bardziej zaawansowanej od EMT pomocy, łącznie z podawaniem podtrzymujących życie leków, podłączeniem do kroplówki, intubowaniem, decyzją o przewozie pacjenta do szpitala.
Podstawowa płaca EMT to 27,295 dolarów, wzrastająca co roku do 39,179 dolarów po 5 latach pracy. Paramedics zarabiają na początek 37,346 dolarów do 50,501 dolarów po 5 latach pracy. Do zarobków tych trzeba doliczyć nadgodziny i inne dodatki. "Nie mamy na przykład przerw na lunch, ale mamy płacone dodatki na posiłki" - tłumaczy pani Ewa.
Aby zostać EMT lub paramedic nie trzeba posiadać obywatelstwa amerykańskiego, nie trzeba nawet mieszkać na terenie Nowego Jorku, ale konieczne jest pozwolenie na pracę oraz nowojorskie prawo jazdy. Pierwszym krokiem jest zdobycie certyfikatu EMT na jednej z miejskich uczelni. "To postawa, bez której nie można pracować na karetce" - mówi Ewa Koszowska. Kurs, który kończy się uzyskaniem zaświadczenia od stanowego wydziału zdrowia, trwa około 3 miesięcy. Licencja ważna jest przez 3 lata, potem trzeba ją odnawiać podczas krótkich kursów doszkalających.
Teraz już można skontaktować się z FDNY i zapisać na listę oczekujących na wakaty. Warto starać się o uzyskanie statusu pracownika służby cywilnej. Wiąże się to z dodatkowymi egzaminami, ale pracownicy tacy jako cenniejsi dla miasta są przy zatrudnianiu traktowani priorytetowo.
Zanim jednak kandydat do pracy w FDNY EMS zacznie jeździć ambulansem po ulicach Nowego Jorku, musi jeszcze przejść sprawdzian sprawności fizycznej, test psychologiczny, badania lekarskie oraz szczegółowy, trwający kilka-kilkanaście miesięcy tzw. background investigation, czyli sprawdzenie przeszłości kandydata na ratownika pod kątem kryminalnym.

EMT podczas pracy może zdobyć uprawnienia paramedyka, co oznacza uzyskanie kolejnego certyfikatu. Aby jednak nim zostać konieczny jest także REMAC - miejski certyfikat określający umiejętności, jakie powinien posiadać nowojorski paramedyk. "Chodzi tu m.in. o bardzo ważne doświadczenie w pracy w systemie ratowniczym 911" - wyjaśnia pani Ewa. Kiedy EMT posiada już certyfikat paramedyka, czeka na wakat wśród tej grupy ratowników medycznych. "FDNY pomaga młodym kandydatom w karierze. Wysyła ich na szkolenia. Po prostu ich sobie wychowuje na przyszłych pracowników - albo jako paramedyków albo jako strażaków" - opowiada pani Ewa.
FDNY awansuje w ten sposób EMT kilka-kilkanaście razy w roku. Stąd można się także starać o posadę strażaka. Pracownicy FDNY EMS mają wówczas pierwszeństwo przed innymi kandydatami do pracy w straży. Kandydat z odpowiednimi kwalifikacjami może znaleźć także pracę w szpitalach albo firmach przewożących ludzi do szpitali np. na rehabilitację. Można też zaciągnąć się do pracy w ochotniczej służbie ratunkowej.
W tak odpowiedzialnej i nierzadko niebezpiecznej pracy warto wrócić uwagę na świadczenia dla ratowników medycznych. EMT i paramedics w FDNY mają ubezpieczenie również obejmujące rodzinę. Dostają dodatkowe pieniądze za nadgodziny i nocne dyżury, a także wspomniane już dodatki na posiłki. Mogą liczyć na 3 tygodnie płatnych wakacji podczas pierwszego roku pracy do 5 wolnych tygodni rocznie po 8 przepracowanych latach.
"To trudna praca, trzeba ją po prostu lubić i czuć do niej powołanie. Ja to po prostu uwielbiam. A czy niebezpieczna? Mając do czynienia z pacjentem, wiem o jego chorobie. Takiej wiedzy nie posiadamy, stykając się ze współpasażerami w metrze, choć mogą być bardziej chorzy od moich pacjentów" - mówi Ewa Koszowska.
Marcin Poznań

RAMKA
ZAROBKI
EMT PARAMEDIC
Startowe 27,295 37,346
Po 1 roku 28,840 41,139
Po 2 latach 29,355 42,818
Po 3 latach 33,990 47,233
Po 5 latach 39,179 50,501
Powyższe dane nie uwzględniają nadgodzin, świadczeń i pieniędzy na posiłki.

Tuesday, May 29, 2007

Forum humorum

Uwielbiam wczytywać się w polskie fora internetowe. Można tam poznać kilka ciekawych punktów widzenia na daną sprawę. Niestety bolączką tego typu wymiany myśli - bardzo charakterystyczną właśnie dla forów polskich - jest przemiana dyskusji w pyskówkę. I to już po kilku postach. Czasem mam wrażenie, że gdzieś po drugiej stronie ekranu nad klawiaturą ślęczy zawsze jakiś gość, który tylko czeka, żeby komuś nawrzucać pod byle pretekstem. Nierzadko ten gość siedzi po tej stronie Atlantyku i wymyśla swoim rodakom znad Wisły, co spotyka się z żywą - a jakże! - reakcją, sprowadza wątek do rynsztoka i daleko odbiega od tematu.

Thursday, May 17, 2007

Jak kręcić, to tylko tutaj



Nowy Jork zarabia rocznie około 5 mld dolarów na przemyśle filmowym. Producenci mogą liczyć na duże ulgi i przychylność władz miasta. Nic dziwnego, że tak często kręci się tutaj filmy.

Opiekę nad ekipami filmowymi sprawuje specjalna komórka miejskiego ratusza - The City of New York Mayor's Office of Film, Theatre and Broadcasting. Biuro pomagające kręcić filmy w Nowym Jorku istnieje od 1966 roku i radziło sobie całkiem nieźle. Jednak po zamachach z 11 września 2001 roku przyszło załamanie. Filmowcy zaczęli omijać Nowy Jork szerokim łukiem - dodatkowe rygory ze względów bezpieczeństwa, dodatkowe pozwolenia odstraszały. Nowy Jork stał się wówczas na tyle drogi do kręcenia w nim filmów, że produkcje o metropolii powstawały za granicą, najczęściej w Kanadzie. "Branża filmowa stwierdziła, że nasze miasto przestało być jej przyjazne" - mówi Katherine Oliver, szefowa MOFTB, którą powołał na to stanowisko Michael Bloomberg, kiedy został burmistrzem. Oliver współpracowała z Bloombergiem wcześniej, rozkręcając telewizję biznesową Bloomberg TV w Europie.
"Zainaugurowaliśmy kampanię pod hasłem 'Made in NY', która miała zmienić ten nieprzychylny dla nas trend" - opowiada. Opracowano cały zestaw przepisów, który miał na celu jedno - by filmowcy znowu przyjeżdżali do Nowego Jorku i znów uznali je za przyjazne miejsce do kręcenia filmów. W nowojorskiej policji istnieje nawet specjalny oddział, który zajmuje się produkcjami filmowymi. Chodzi o zabezpieczenie terenu zdjęć, zorganizowanie objazdów, a nawet użyczanie policjantów z radiwozami, by mogli zagrać w filmie. To ci policjanci brali udział w kręceniu scen do "Spidermana 3", kiedy Człowiek-Pająk odbiera klucze do miasta przy miejskim ratuszu. To ten oddział pomagał też przy filmie "I Am Legend" z Willem Smithem, kiedy zamknięto na parę dni Brooklyn Bridge, by kręcić na nim zdjęcia. Wytwórnia nic nie musi płacić za ich pracę, która gdzie indziej kosztować mogłaby nawet ok. 20 tys. dolarów dziennie.
"Nie oszukujmy się, fakt powstawania filmu w Nowym Jorku opłaca się miastu na wiele sposobów. Poza względami ściśle finansowymi uzyskujemy w ten sposób niesamowite źródło promocji" - mówi Oliver. Przypomina choćby serial "Sex and the City", który był po prostu filmową pocztówką Nowego Jorku - ekran pokazał tak wiele znanych i mniej znanych miejsc. "Turyści - a przy okazji miłośnicy serialu - chcą zobaczyć, gdzie jest ochraniana przez bramkarza Magnolia Bakery, w której bohaterki kupowały ciastka, w którym salonie przymierzały buty Manolo Blahnika i tak dalej" - uśmiecha się szefowa MOFTB.
Miasto nie bierze dziś pieniędzy za pozwolenia na kręcenie filmów w mieście, podczas kiedy w Los Angeles jedno takie pozwolenie kosztuje 200 dolarów. Chyba że plan zlokalizowany jest na prywatnej posesji, np. w hotelu - wówczas wytwórnia filmowa musi uzgodnić szczegóły finansowe z jego właścicielem. Poza tym w parkach czy na ulicach można z pozwoleniem od miasta kręcić do woli. Amatorzy filmów wiedzą, że kiedy w danym miejscu szykuje się ujęcia do jakiegoś nowego filmu czy też nakręcenia reklamy, teren jest oznaczony specjalnymi planszami ze znakami policji i MOFTB. Z tych oznaczeń można się dowiedzieć, co będzie tu kręcone i kiedy. Wystarczy przyczaić się z aparatem i czekać na znanych aktorów.

To się opłaca

Amerykańskie wytwórnie, które zdecydują się nakręcić film w Nowym Jorku mogą liczyć na ogromne ulgi podatkowe. Pod warunkiem, że 75 proc. budżetu produkcji zostanie wydane w mieście i 75 proc. zdjęć będzie nakręconych w Nowym Jorku, a nie na przykład w studiu gdzieś w Kalifornii. Aby przekonać się, czy film skorzystał z tej nowojorskiej oferty, wystarczy przeczekać napisy końcowe i wypatrywać wśród nich okrągłego loga kampanii "Made in NY". Miasto sponosoruje też miejsce na wiatach przystanków autobusowych oraz na budkach telefonicznych, by produkcja mogła być na nich reklamowana przed premierą. "Przed wprowadzeniem tych udogodnień miasto zarabiało co roku na filmach jakieś 2,5 mld dolarów. Dzięki kampanii udało się podwoić zyski do 5 mld dolarów rocznie. To tym bardziej imponujące, że miasto nic nie bierze za pozwolenia na kręcenie. A więc zyski pochodzą głównie z podatków miejskich, jakie członkowie ekip filmowych płacą m.in. za hotele, catering, ochronę, pralnie, jedzenie itp. W oczywisty sposób korzystają z tego nowojorskie biznesy. Miasto daje filmowcom specjalne karty zniżkowe, które ci mogą wykorzystać, kupując w sklepach, czy jedząc w restauracjach oznaczonych logo "Made in NY". Na filmowcach zarabiają wszyscy.
"Niech o sukcesie akcji świadczy choćby fakt, że kiedyś ekipy kręciły za granicą 'udając' tam Nowy Jork, tymczasem nierzadko dziś to Nowy Jork 'gra' inne miasta. Tak więc udało się zupełnie odwrocić zjawisko z okresu po 9/11" - mówi Oliver. I wymienia podukcje hinduskiego kina Bollywood, które upodobało sobie do kręcenia Queens, gdzie mieszka wielu Hindusów. Z kolei na Staten Island - z uwagi na jej podmiejski charakter - kręci się filmy, gdzie potrzebne są plany imitujące prowincję. Choć taki film w ogóle nie musi być o Nowym Jorku, wytwórnia może też liczyć na zwrot podatku. St. Regis Hotel zagrał na przykład paryską restaurację w jednym z odcinków "Sex and the City". A czy oglądaliście nagrodzony Oskarem film "Departed" Martina Scorsese? Akcja dzieje się w Bostonie, ale w tym mieście nakręcono raptem kilka ujeć. Produkcja niemal w całości powstała na ulicach Nowego Jorku. I to nie tylko dlatego, że Scorsese jest nowojorczykiem. "Kręcenie w Nowym Jorku stało się po prostu tanie" - mówi Katherine Oliver.



Gwiazdor Manhattan

Miejsca, które były scenami w wielu produkcjach, można spotkać w Nowym Jorku na każdym niemal kroku. I to nie tylko na Manhattanie, choć wyspa oczywiście przoduje jako swoisty "bohater". Niektóre z miejsc "grały" wielokrotnie w różnych filmach. Central Park i okolice są szczególnie wdzięczną scenerią do filmowania. Tutaj kręcono m.in. jedną ze "Szklanych Pułapek" ("Die Hard: With a Vangeance"), film "Kevin sam w Nowym Jorku", "The Out of Towners", "Devil Wears Prada", "Birth" z Nicole Kidman, musical "Hair", "Godspell" przy fontannie Bethesda, "Cruising", a w słynnym za sprawą Johna Lennona i Yoko Ono apartamentowcu Dakota powstało "Dziecko Rosemary". Columbus Circle i wejście do parku od strony południowo-zachodniej pojawiły się w "Taksówkarzu" czy "Ghostbusters". To tutaj też wśród krzaków wokół Trump Tower robił kupę filmowy Borat. Musical "West Side Story" kręcono wśród kamienic, na których miejscu stoi dzisiaj Lincoln Center.
Legendarny hotel Plaza przerabiany dziś na luksusowe rezydencje ma za sobą znaczącą "karierę aktorską" - widać go również wewnątrz m.in. w jednym z "Krokodylów Dundee", "Milionie dolarów napiwku", czy filmie "Almost Famous". Stojący naprzeciw sklep zabawkowy FAO Schwarz pamiętamy z gry na pianinie Toma Hanksa w filmie "Duży". Zaś sklep z biżuterią Tiffany & Co. kojarzy się przede wszystkim ze "Śniadaniem u Tiffany'ego", ale też z filmem "Sweet Home Alabama" z Reese Witherspoon w roli głównej, a także z "Midnight Cowboy" oraz "Bezsennością w Seattle". Nie sposób policzyć, ilu turystów przyszło w te miejsca, kojarząc je właśnie z filmami.
Tak samo jak nie da się stwierdzić dokładnie, w ilu filmach zagrał na przykład Times Square. Pamiętny film "Times Square" z 1980 roku, czy scena w "Vanilla Sky" z Tomem Cruisem nienaturalnie wyludnionego skweru, zwykle buzującego życiem to tylko dwie produkcje, które od razu przychodzą mi na myśl. Budynek biblioteki głównej między 5 Ave. i Bryant Parkiem jest m.in. w "Ghostbusters", "Spidermanie", "Regarding Henry" z Harrisonem Fordem czy w "King Kongu", ale tym z 1976 roku. Ten najnowszy powstał w całości w Nowej Zelandii, a Nowy Jork był w nim imitowany komputerowo. Jeśli chodzi o "pogromców duchów" to na dolnym Manhattanie istnieje remiza strażacka, która była w filmie bazą "Ghosbustersów". Do dziś strażacy szczycą się tym faktem, a duży symbol duszka w znaku zakazu zdobi ścianę remizy.
Słynny płaski budynek Flatiron pojawia się w "Armageddonie", jest siedzibą gazety, w której pracuje Peter Parker ze "Spidermana", a naprzeciw niego mieści się filmowa redakcja magazynu, w którym udziela się Eva Mendes w filmie "Hitch". Inna manhattańska ikona - hotel Chelsea. Gary Oldman grał na tutejszym balkonie Sida Viciousa w filmie "Sid & Nancy", tutaj też powstała słynna scena z kostką lodu w "9 i pół tygodnia". Takie przykłady można by mnożyć. Przy czym filmy rodzą się też w pozostałych dzielnicach metropolii. Nie ma tu miejsca na wspomnienie ich wszystkich, ale wymienię choćby film "Siege" z 1998 roku, który kręcony był m.in. na Greenpoincie.



Cosby i Friends

Przy okazji poznawania kulisów powstania filmów w Nowym Jorku można obalić wiele mitów. Mimo że w East Village istnieje bar sieci Coyote Ugly, przybytek w filmie pod tym tytułem zagrał lokal Hogs & Heifers w Meatpacking District. Pamiętacie serial "Cosby Show" i tę słynną fasadę domu lekarza Huckstable i jego rodziny w zacisznej uliczce pośród szpaleru drzew? Mimo że w serialu miał stać na Brooklynie, w rzeczywistości są to okolice St. Luke's Place i Hudson Street w Greenwich Village. Adres musi być w takich przypadkach zmyślony, w przeciwnym razie osoby tu mieszkające nie mogłyby się opędzić od gapiow i natrętów. "Sąsiad z domu obok widząc wycieczki idące szlakiem filmowym po Nowym Jorku, wychyla się czasem z okna i wrzeszczy do nas: 'To nie tu. To na Brooklynie!" - śmieje się Roseanne Almenzar, która oprowadza grupy po miejscach, w których kręcono filmy.
To prywatny dom i jego zdjęcia z zewnątrz widać było kilkakrotnie w każdym odcinku, ale wnętrza kręcono w studiu. Za każdym razem, kiedy fasada pojawiała się na ekranie, właściciel budynku kasował 1500 dolarów. Dziś wartą 10 mln dolarów nieruchomość podzielił na 5 mieszkań po 400 stóp kwadratowych i wynajmuje je po 2,5 tys. dolarów za jedno. Tuż obok mieszka autor książki "West Side Story", a w basenie w małym parku naprzeciw kręcono "Wścieklego byka" z Robertem De Niro. Drzwi od "domu Hickstablów" zagrały też w "Jesieni w Nowym Jorku" - melodramacie z Wynoną Ryder i Richardem Gere. To prawdziwie filmowa okolica.
Kilka bloków dalej - na Grove Street - stoi budynek, w którym "mieszkają" przyjaciele ze znanego serialu "Friends". Na ekranie to rent-stabilized apartment babci Moniki. Gdyby jednak sam tylko serialowy adres był prawdziwy - 495 Grove St. - budynek musiałby stać gdzieś na środku rzeki Hudson. Wystarczy przypatrzeć się dokładniej, żeby zorientować się, że coś tu nie gra. Nie ma tu żadnego balkonu, z którego przyjaciele obserowali nagiego sąsiada. Na parterze jest kawiarenka o nazwie "Little Owl" urządzona w kolorach czerwieni i granatu. Występujący w serialu zielony "Central Perk" jest więc wymysłem, a sceną było kalifornijskie studio filmowe.
Cały serial "Friends" poza zdjęciami budynków powstawał w studiach w Burbank w Kalifornii. Stworzono tam nawet replikę fontanny Pulitzera sprzed hotelu Plaza, w której bohaterowie taplają się w czołówce każdego odcinka. Siłą rzeczy bohaterowie serialu nie mogli - jak to miało miejsce na ekranie - biegać stąd na jogging do Central Parku, bo to jakieś 3 mile, nie mogli też obserwować z okien parady balonów w Święto Dziękczynienia. "Wiele osób jednak nie zwraca na takie detale uwagi. Często zdarza się tak, że kiedy zbieram grupę na wycieczkę po filmowych miejscach, zjawi się ktoś, kto pyta: czy to wycieczka do domu 'Przyjaciół'?". Tylko to ich interesuje. Cóż można poradzić..." - opowiada Roseanne.
Marcin Poznań

Friday, May 11, 2007

Hillary Clinton fe

Na początku kwietnia "Nowy Dziennik" opublikował tekst, pod którym się podpisałem, a traktujący o przyłączeniu się Sen. Hillary Clinton do apelu skierowanego do polskiego premiera o przypeiszenie prac nad ustawą o zwrocie mienia zagrabionego przez wojnie przez władze PRL, głównie żydowskiego. To zwykły chwyt obliczony na pozyskanie pewnej grupy wyborców. Tymczasem sam odebrałem telefon od jednego z Czytelników - jak podkreślał - obywatela Polski i USA. Nie przebierał w słowach, nazywając Clintonową "wstrętną babą" między innymi i każąc jej zająć się sprawami Nowego Jorku. Jako obywatel polski domagał się natomiast od gazety opublikowania petycji, którą każdy (trzeba podkreślić to słowo), mógłby wyciąć i wysłać do pani senator ze stanowiskiem podobnym do tegoż Czytelnika. Kiedy zwróciłem uwagę, że jako obywatel amerykański może i osobiście też napisać swoje uwagi do swojej - z racji zamieszkania - senatorki. Tutaj już zapał trochę opadł. O świętym prawie do własności Czytelnik też pewnie zapomniał. Tak to jest czasem z pojmowaniem obywatelstwa i wynikającym z niego praw i przywilejów.

Thursday, May 10, 2007

zagraniczni korespondenci w NY

Wziąłem udział w organizowanej przez jedną z miejskich komórek wycieczce po mieście, podczas której pokazywano miejsca, które "zagrały" w filmach. Celem była promocja produkcji filmowej w Nowym Jorku. Byłem bardzo zdziwiony, jak wielu z zagranicznych dziennikarzy niewiele wie o Nowym Jorku. To dotyczyło zwłaszcza Azjatów oraz 3-osobowej ekipy telewizji Al-Arabiya. Rozumiem, że ktoś może być tu "świeżakiem", ale niektórzy z nich są tu z rok czasu. Tymczasem nie bardzo mieli pojęcie, jak dostać się do domu metrem z miejsca innego niż robią to rutynowo co dzień po skończonej pracy. A kiedy urzędniczka mówiła o miejskiej infolinii 311, kręcili ze zdumienia głowami. Nie jestem korespondentem, ale wydawało mi się, że jak ktoś tu mieszka i pisze o tym mieście powinien to wiedzieć. Pominę już fakt, że angielski co najmniej dwóch osób był bardzo łamany... Ciekawe kryteria kwalifikacji korespondentów zagranicznych.

Tuesday, May 8, 2007

Busha wpadka za wpadką


Swoją przemowę Bush zaczął od słów, że królowa bardzo dobrze zna Stany Zjednoczone. - Przecież jadała kolacje z dziesięcioma prezydentami USA. Uczestniczyła w obchodach rocznicowych w tysiąc siedemset..., eee tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym - powiedział prezydent.

Pomyłka Busha wzbudziła wśród kilkutysięcznej publiczności ogólną wesołość. Tylko królowa pozostała nieporuszona i łypała na prezydenta spod kapelusza - pisze Telegraph.co.uk. Wtedy Bush popatrzył na nią, odwrócił się do tłumu i stwierdził: ''Spojrzała na mnie dokładnie tak, jak matka patrzy na dziecko".

Przeczytaj szczegóły w Star Telegram.

Wpis z forum na "Wyborczej":
PS. Czasami odnoszę wrażenie, że Amerykanie i Polacy wybrali sobie takich
durniów na prezydentów, by mieć ubaw na kilka lat. Szkoda tylko, że kretynizm
mężów stanu jest tak kosztowny.

Wednesday, May 2, 2007

Euro2012 - euforia i rozpacz


Najpierw była niemal ekstatyczna radość. Teraz przychodzi czas na refleksję. Dla Wrocławia - jak i dla pozostałych polskich miast - organizacja mistrzostw Europy w piłce nożnej jest szansą, której nie można zaprzepaścić. Jednak dobrze wiem, jak wygląda Wrocław. To miasto stale rozkopane, pełne objazdów i robót drogowych. Kilka tygodni temu nowo otwarte centrum handlowe (zwane galerią) na pl. Grunwaldzkim należało po kilku godzinach zamknąć, ponieważ zrobiły się korki dokumentnie paraliżujące ten newralgiczny komunikacyjnie fragment miasta.
Jak wygląda dojazd na lotniko w Strachowicach wie każdy, który z tegoż korzystał. Jest położone tuż przy autostradzie, ale nie ma don niego bezpośredniego z tejże autostrady dojazdu. Trzeba się przebijać przez miasto. Już wiadomo, że wszystkie z lotnisk miast-gospodarzy Euro nie zdążą rozbudować portów lotniczych o nowe terminale - wymyślono więc prowizoryczne rozwiązanie - postawienie jakichś tymczasowych budynków. Z planu budowy 650 km autostrad rocznie już wiadomo, że w tym roku wybudowanych zostanie kilometrów 7 (słownie: siedem). Trzeba czym prędzej zmienić przepisy, które pozwoliłyby na budowanie autostrad. Ułomne prawo przetargowe każą czekać na wynik odwołania od decyzji dotyczących przetargu, a budowa stoi.
Politycy-decydenci nie tracą dobrego humoru - powstał komitet organizacyjny z premierem na czele i połową rządu i na razie tyle. Tymczasem każdy mijający dzień to dzień stracony. Tu się trzeba ostro zabrać do roboty. Według niektórych analityków ekonomicznych, z typową polską organizacją możemy te mistrzostwa zorganizować tylko w ten sposób, żeby minimalizować stopień kompromitacji. Oby było inaczej...

Tuesday, May 1, 2007

ignorancja i niedbalstwo

Nie pierwszy raz zdarza mi się natrafić w polskiej prasie na dziwolągi słowne związane z nazwami obcojęzycznymi. Z racji swojego zawodu najczęściej natrafiam na tego typu "kwiatki" w serwisie Polskiej Agencji Prasowej, a za ich pośrednictwem oryginały wiadomości - nierzadko bez korekty - trafiają na portale internetowe, np. Gazeta.pl. Ostatnio przeczytałem w "Polityce", że ktoś tam urodził się i wychował na "amerykańskim Long Island". Co to ma w ogóle znaczyć? Tomasz Zalewski z PAP pomylił nazwisko znanego w Nowym Jorku właściciela nieruchomości i zamiast Larry Silverstein napisał Silberstein. Ale właściwie who cares? Przeszło przzez korektę, bo właściwie dlaczego miałoby nie przejść. Przecież korektorka nie musi znać "zagranicznych" nazwisk. Swojego czasu poirytowany takimi błędami napisałem e-mail do "Polityki". To był numer, w którym znalazłem 3 takie "michałki". Odpowiedź dostałem miłą, że zwrócą na to uwagę.
Albo w "Dzienniku" - nie odróżniają Waszyngtonu od stanu Waszyngton, pisząc o miejscowości Tacoma pod Waszyngtonem :) Długo nie zapomne też, jak polska dziennikarka Reutersa pomyliła w angielskojęzycznej depeszy powstanie warszawskie z powstaniem w getcie. Ale to już inna para kaloszy. Według mnie puszczanie takich bąków to jest po prostu ignorancja dla czytelnika i kompromitacja dla gazety. To tak jakby ludzie w Polsce w znajmości świata i języka angielskiego zatrzymali się na "Senkju". Ale co zrobić, kiedy dziś każdy może być dziennikarzem...