Wednesday, June 13, 2007

Craigslist - ryż, mydło i powidło


Internautom nie trzeba tłumaczyć, co to Craigslist. Ci, którzy serwisu nie znają, powinni go poznać. Dzięki tym darmowym ogłoszeniom można znaleźć mieszkanie do wynajęcia albo nawet pracę.

Sukces Craigslist.org to z pewnością mieszanka kilku czynników - strona jest prosta w obsłudze, ogłoszenia są darmowe, a sam serwis był pierwszym tego typu w USA. Za narzędzie marketingowe posłużyło przekazywanie sobie informacji o istnieniu Craigslist przez samych użytkowników. "Od 1995 roku, kiedy go zakładaliśmy, rozrósł się do sieci obejmującej około 450 dużych miast w 50 krajach świata. Przy czym wersja językowa każdego z nich pozostaje angielska" - tłumaczy Craig Newmark, założyciel serwisu. Działa także strona "warszawska".

CRAIG@CRAIGSLIST.ORG

55-letni Newmark pochodzi z Morristown w New Jersey. To pulchny łysawy jegomość z grubymi okularami na nosie, który odpowiada moim wyobrażeniom o kimś, kto większość dnia spędza przed komputerem. "Jestem komputerowym dziwakiem i tego nie ukrywam, ale lubię też popołudniowe drzemki" - uśmiecha się. 17 lat przepracował w koncernie IBM. Na spotkanie przychodzi w wymiętej marynarce. Przez długi czas nosił okulary z oprawkami sklejonymi taśmą sam o sobie mówi, że nie przywiązuje wagi do tych rzeczy. Dlatego też późniejsze pytanie o zarobki zbyje odpowiedzią: "To, ile zarabiam nie pomoże mi wykonywać mojej pracy lepiej ani gorzej".
Craigslist nie ujawnia wysokości swoich dochodów, dlatego media muszą się domyślać - i w 2004 roku oszacowali je na 10 mln dolarów. Czy to dużo? Trzeba pamiętać, że większość ogłoszeń na Craigslist umieszczana jest za darmo. W 6 amerykańskich miastach, w tym w Nowym Jorku, serwis pobiera opłaty jedynie za oferty pracy - 25 dolarów. W San Francisco, gdzie powstał Craigslist, płaci się za te ogłoszenia 75 dolarów. Poza tym innymi płatnymi ogłoszeniami są tylko oferty brokerów dotyczące wynajmu mieszkań - 10 dolarów. "To oczywiście ceny o wiele poniżej tych obowiązujących na rynku" - mówi Newmark. Jednak podkreśla, że chodzi tutaj nie o zysk, a tworzenie pewnej wspólnoty ludzi, którzy bądą sobie ufać i nawzajem pomagać.
W siedzibie Craigslist w dzielnicy Inner Sunset w San Francisco pracują oprócz Newmarka 23 osoby, z czego 13 to informatycy, a reszta to pracownicy administracyjni, działu kontaktu z użytkownikami oraz księgowości. Sam Newmark od kilku już miesięcy sam pracuje w dziale pomagającym użytkownikom. "Mój adres to craig@craigslist.org i uwierzcie mi, naprawdę odpowiadam na wszystkie pytania kierowane do mnie tą drogą" - mówi. Niedawno wymienił ten adres podczas wywiadu w ogólnokrajowej telewizji, a po powrocie do hotelu czekało na niego już około 150 maili. "Odpowiedziałem na wszystkie" - zapewnia.

OSZUŚCI PRECZ

W internecie zawsze będą grasować ludzie, którzy będą chcieli wykorzystać sieć do swoich celów. Serwisy takie jak Craigslist, gdzie sprzedaje się rzeczy, szuka mieszkania, oferuje pracę, są doskonałym polem do prowadzenia nielegalnej działalności. Jak radzi sobie z tym Craiglist? "My wierzymy w naszych użytkowników. Ufamy, że działają w dobrej wierze i nie będą robić tego, co mogłoby zaszkodzić im samym. Oczywiście raz na jakiś czas zdarzy się jakaś próba oszustwa, np. nieuczciwy właściciel mieszkania, który weźmie depozyt od kilku osób na raz, albo ktoś zamieścił ogłoszenie i podał w nim numer telefonu swojego największego wroga, narażając go na pobudki w środku nocy. Takie przypadki zdarzają się jednak bardzo rzadko" - odpowiada Craig. Firma nie ma żadnej komórki, która zajmuje się monitorowaniem ogłoszeń umieszczanych na stronach. "O tym, że coś jest nie tak, najczęściej donoszą nam o nich sami użytkownicy. Wtedy my zawiadamiamy po prostu policję, a później sprawą zajmuje się już prokurator" - opowiada Craig. Tak dzieje się też w przypadku prób oferowania seksu przez internet, a także próby sprzedaży narkotyków czy skradzionych przedmiotów. Kilka razy Craigslist korzystało z pomocy miejskich wydziałów zajmujących się ochroną konsumentów.
Na stronach Craigslist można znaleźć wskazówki, jak ustrzec się oszustów, a także jakich sformułowań należy się wystrzegać zamieszczając ogłoszenie na stronie. Autorzy stron znowu skłaniają się tutaj do współpracy z użytkownikami - w tym celu przygotowali specjalną funkcję umożliwiającą internautom "oflagowanie" niektórych podejrzanych ogłoszeń, dzięki czemu administrator strony może dane ogłoszenie usunąć.
"W przypadku prób nadużyć, prawo jest po naszej stronie - my tylko udostępniamy platformę do ogłoszeń" - mówi Newmark. Stwierdził tak sąd w Chicago w 2006 roku po procesie, jaki serwisowi wytoczyła grupa prawników związanych z agentami obrotu nieruchomości. Craigslist zarzucono, że godząc się na umieszczanie w ogłoszeniach opisów mieszkań typu "poszukujemy chrześcijańskiego współlokatora" lub "kościół katolicki w pobliżu" albo też "doskonałe dla pary lub młodego małżeństwa" rzekomo dyskryminuje niektóre grupy klientów. Sędziowie powołali się na konstytucyjne wolności - słowa i prawa do zgromadzeń. "Sądy widzą, że my jesteśmy tymi dobrymi. Zawsze możemy liczyć na ogromną pomoc ze strony prawników, którzy oferują ją za darmo" - mówi Newmark. Jak do tej pory najbardziej tragicznym skutkiem zamieszczenia na Craigslist nieprawdziwego ogłoszenia było zdemolowanie pewnego domu w Tacoma w stanie Waszyngton. Jakiś dowcipniś, podając adres Bogu ducha winnej osoby - choć nie wyklucza się, że mógł to być jakiś wredny sąsiad - napisał w internecie: "Przyjdźcie i weźcie sobie, co tylko chcecie. Wszystko za darmo". Dom został doszczętnie zniszczony i rozszabrowany, łącznie z ciężkimi zlewami kuchennymi i łazienkowym bojlerem.

SAM NIE KORZYSTAM

Każdego miesiąca strony Craigslist notują 5 mld odsłon. Korzysta z nich co miesiąc około 15 mln użytkowników, którzy zostawiają ponad 12 mln ogłoszeń, w tym 750 tys. ofert pracy. Dziś szefem Craigslist jest 45-letni Jim Buckmaster. Chciał być inżynierem, ale zamiast skończyć Virginia Tech, wrócił do rodzinnego Ann Arbor, by studiować medycynę na Uniwersytecie Michigan. Później zmienił zdanie i przeszedł na filologię klasyczną. W 2000 roku zatrudniono go w Craigslist jako głównego programistę. Wyszukiwarka ogłoszeń, system "flagowania", czy prosty system zamieszczania ogłoszeń to jego dzieła. Po niespełna roku pracy w Craigslist objął funkcję prezesa tego przedsięwzięcia.
W 1999 roku Craig Newmark zrobił psikusa fanom Craigslist i 1 kwietnia ogłosił, że będzie startował na burmistrza San Francisco. Choć był to tylko prima aprilisowy żart internauci wzięli go jak najbardziej na poważnie. Polityka tak naprawdę Craiga nie pociąga. "Lubię San Francisco. W Waszyngtonie nie odpowiada mi klimat i mam tu na myśli wilgotność powietrza" - uśmiecha się. "Poza tym obowiązki nie pozwalałaby mi z pewnością na moje ukochane drzemki" - dodaje.
Czy pomysłodawca Craigslist korzysta z ogłoszeń zamieszczanych w tym serwisie? "Kiedyś sprzedałem na Craigslist samochód, ale to było dość dawno temu. Naprawdę po spędzeniu kilkunastu godzin dziennie na pracy związanej z tym serwisem, ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest szperanie w tych ogłoszeniach dla własnej przyjemności" - mówi. Nawiązując do ogłoszeń "randkowych" - których też w serwisie jest bez liku, a których zadaniem jest kojarzenie ludzi w pary, by mogli zawrzeć znajomości - Newmark tłumaczy, że sam przekonał się, iż ciekawego człowieka najlepiej poznać w rzeczywistości nie tej wirtualnej. "Swoją przyjaciółkę poznałem ostatnio w najprawdziwszej kawiarni i jestem z tego zadowolony" - dodaje.
Newmark bawi się też w działalność charytatywną - wsparł ostatnio sumą 10 tys. dolarów grupę NewAssignment.net, która łączy reporterskie wysiłki zawodowców i amatorów w celu stworzenia dobrego internetowego dziennikarstwa śledczego. W 2001 roku powstała też Fundacja Craigslist, która pomaga powstającym małym organizacjom non-profit stanąć na nogi, pozyskać donatorów i przełożyć swój potencjał na sukces.
Marcin Poznań

Strona internetowa - nowojorskiej Craigslist

Thursday, June 7, 2007

Zostań ratownikiem medycznym


Nowy Jork wciąż cierpi na brak rąk do pracy wśród służb ratunkowych. Jeśli chciałbyś poznać smak ratowania ludzkiego życia, może warto zastanowić się nad pracą paramedyka.

Próbując swoich sił jako paramedyk lub technik medyczny (EMT) możesz stać się po prostu częścią Nowego Jorku bardziej niż ci się to kiedykolwiek wydawało. Upadki, pożary, wypadki samochodowe... Jeśli potrafisz udźwignąć na swoich barkach uczucie, że miliony ludzkich istnień mogą zależeć od twojej osoby, to ta praca może być dla ciebie. Ratownicy medyczni FDNY każdego roku odpowiadają na ponad 1,5 miliona wezwań po pomoc. To tyle co trzy telefony na minutę. "Mój gabinet to ulica, a moja praca to ty" - głoszą plakaty zachęcające do wstąpienia w szeregi ratowników medycznych. Jeśli jesteś na to gotowy, spróbuj swoich sił. Bądź tam, gdzie możesz pomóc i przekonaj się, jak to miasto żyje naprawdę.

Licząca 3 tys. osób grupa nowojorskich ratowników medycznych i EMT tworzy największy tego typu oddział na świecie.


"EMT (Emergency Medical Technicians) zajmują się podstawowym podtrzymaniem życia zanim pacjent trafi do szpitala. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że do głównych ich obowiązków należy prowadzenie ambulansu, ładowanie pacjentów do karetki czy otwieranie butli z tlenem, ale też wykonywanie CPR, czyli sztucznego oddychania z masażem serca, oraz unieruchamianie pacjenta na noszach" - wyjaśnia Ewa Koszowska, od 7 lat pracująca jako paramedic w FDNY. "Więcej doświadczenia i umiejętności wymaga praca paramedyka. To już wyższa szkoła jazdy" - dodaje. Paramedics mogą udzielać bardziej zaawansowanej od EMT pomocy, łącznie z podawaniem podtrzymujących życie leków, podłączeniem do kroplówki, intubowaniem, decyzją o przewozie pacjenta do szpitala.
Podstawowa płaca EMT to 27,295 dolarów, wzrastająca co roku do 39,179 dolarów po 5 latach pracy. Paramedics zarabiają na początek 37,346 dolarów do 50,501 dolarów po 5 latach pracy. Do zarobków tych trzeba doliczyć nadgodziny i inne dodatki. "Nie mamy na przykład przerw na lunch, ale mamy płacone dodatki na posiłki" - tłumaczy pani Ewa.
Aby zostać EMT lub paramedic nie trzeba posiadać obywatelstwa amerykańskiego, nie trzeba nawet mieszkać na terenie Nowego Jorku, ale konieczne jest pozwolenie na pracę oraz nowojorskie prawo jazdy. Pierwszym krokiem jest zdobycie certyfikatu EMT na jednej z miejskich uczelni. "To postawa, bez której nie można pracować na karetce" - mówi Ewa Koszowska. Kurs, który kończy się uzyskaniem zaświadczenia od stanowego wydziału zdrowia, trwa około 3 miesięcy. Licencja ważna jest przez 3 lata, potem trzeba ją odnawiać podczas krótkich kursów doszkalających.
Teraz już można skontaktować się z FDNY i zapisać na listę oczekujących na wakaty. Warto starać się o uzyskanie statusu pracownika służby cywilnej. Wiąże się to z dodatkowymi egzaminami, ale pracownicy tacy jako cenniejsi dla miasta są przy zatrudnianiu traktowani priorytetowo.
Zanim jednak kandydat do pracy w FDNY EMS zacznie jeździć ambulansem po ulicach Nowego Jorku, musi jeszcze przejść sprawdzian sprawności fizycznej, test psychologiczny, badania lekarskie oraz szczegółowy, trwający kilka-kilkanaście miesięcy tzw. background investigation, czyli sprawdzenie przeszłości kandydata na ratownika pod kątem kryminalnym.

EMT podczas pracy może zdobyć uprawnienia paramedyka, co oznacza uzyskanie kolejnego certyfikatu. Aby jednak nim zostać konieczny jest także REMAC - miejski certyfikat określający umiejętności, jakie powinien posiadać nowojorski paramedyk. "Chodzi tu m.in. o bardzo ważne doświadczenie w pracy w systemie ratowniczym 911" - wyjaśnia pani Ewa. Kiedy EMT posiada już certyfikat paramedyka, czeka na wakat wśród tej grupy ratowników medycznych. "FDNY pomaga młodym kandydatom w karierze. Wysyła ich na szkolenia. Po prostu ich sobie wychowuje na przyszłych pracowników - albo jako paramedyków albo jako strażaków" - opowiada pani Ewa.
FDNY awansuje w ten sposób EMT kilka-kilkanaście razy w roku. Stąd można się także starać o posadę strażaka. Pracownicy FDNY EMS mają wówczas pierwszeństwo przed innymi kandydatami do pracy w straży. Kandydat z odpowiednimi kwalifikacjami może znaleźć także pracę w szpitalach albo firmach przewożących ludzi do szpitali np. na rehabilitację. Można też zaciągnąć się do pracy w ochotniczej służbie ratunkowej.
W tak odpowiedzialnej i nierzadko niebezpiecznej pracy warto wrócić uwagę na świadczenia dla ratowników medycznych. EMT i paramedics w FDNY mają ubezpieczenie również obejmujące rodzinę. Dostają dodatkowe pieniądze za nadgodziny i nocne dyżury, a także wspomniane już dodatki na posiłki. Mogą liczyć na 3 tygodnie płatnych wakacji podczas pierwszego roku pracy do 5 wolnych tygodni rocznie po 8 przepracowanych latach.
"To trudna praca, trzeba ją po prostu lubić i czuć do niej powołanie. Ja to po prostu uwielbiam. A czy niebezpieczna? Mając do czynienia z pacjentem, wiem o jego chorobie. Takiej wiedzy nie posiadamy, stykając się ze współpasażerami w metrze, choć mogą być bardziej chorzy od moich pacjentów" - mówi Ewa Koszowska.
Marcin Poznań

RAMKA
ZAROBKI
EMT PARAMEDIC
Startowe 27,295 37,346
Po 1 roku 28,840 41,139
Po 2 latach 29,355 42,818
Po 3 latach 33,990 47,233
Po 5 latach 39,179 50,501
Powyższe dane nie uwzględniają nadgodzin, świadczeń i pieniędzy na posiłki.

Tuesday, May 29, 2007

Forum humorum

Uwielbiam wczytywać się w polskie fora internetowe. Można tam poznać kilka ciekawych punktów widzenia na daną sprawę. Niestety bolączką tego typu wymiany myśli - bardzo charakterystyczną właśnie dla forów polskich - jest przemiana dyskusji w pyskówkę. I to już po kilku postach. Czasem mam wrażenie, że gdzieś po drugiej stronie ekranu nad klawiaturą ślęczy zawsze jakiś gość, który tylko czeka, żeby komuś nawrzucać pod byle pretekstem. Nierzadko ten gość siedzi po tej stronie Atlantyku i wymyśla swoim rodakom znad Wisły, co spotyka się z żywą - a jakże! - reakcją, sprowadza wątek do rynsztoka i daleko odbiega od tematu.

Thursday, May 17, 2007

Jak kręcić, to tylko tutaj



Nowy Jork zarabia rocznie około 5 mld dolarów na przemyśle filmowym. Producenci mogą liczyć na duże ulgi i przychylność władz miasta. Nic dziwnego, że tak często kręci się tutaj filmy.

Opiekę nad ekipami filmowymi sprawuje specjalna komórka miejskiego ratusza - The City of New York Mayor's Office of Film, Theatre and Broadcasting. Biuro pomagające kręcić filmy w Nowym Jorku istnieje od 1966 roku i radziło sobie całkiem nieźle. Jednak po zamachach z 11 września 2001 roku przyszło załamanie. Filmowcy zaczęli omijać Nowy Jork szerokim łukiem - dodatkowe rygory ze względów bezpieczeństwa, dodatkowe pozwolenia odstraszały. Nowy Jork stał się wówczas na tyle drogi do kręcenia w nim filmów, że produkcje o metropolii powstawały za granicą, najczęściej w Kanadzie. "Branża filmowa stwierdziła, że nasze miasto przestało być jej przyjazne" - mówi Katherine Oliver, szefowa MOFTB, którą powołał na to stanowisko Michael Bloomberg, kiedy został burmistrzem. Oliver współpracowała z Bloombergiem wcześniej, rozkręcając telewizję biznesową Bloomberg TV w Europie.
"Zainaugurowaliśmy kampanię pod hasłem 'Made in NY', która miała zmienić ten nieprzychylny dla nas trend" - opowiada. Opracowano cały zestaw przepisów, który miał na celu jedno - by filmowcy znowu przyjeżdżali do Nowego Jorku i znów uznali je za przyjazne miejsce do kręcenia filmów. W nowojorskiej policji istnieje nawet specjalny oddział, który zajmuje się produkcjami filmowymi. Chodzi o zabezpieczenie terenu zdjęć, zorganizowanie objazdów, a nawet użyczanie policjantów z radiwozami, by mogli zagrać w filmie. To ci policjanci brali udział w kręceniu scen do "Spidermana 3", kiedy Człowiek-Pająk odbiera klucze do miasta przy miejskim ratuszu. To ten oddział pomagał też przy filmie "I Am Legend" z Willem Smithem, kiedy zamknięto na parę dni Brooklyn Bridge, by kręcić na nim zdjęcia. Wytwórnia nic nie musi płacić za ich pracę, która gdzie indziej kosztować mogłaby nawet ok. 20 tys. dolarów dziennie.
"Nie oszukujmy się, fakt powstawania filmu w Nowym Jorku opłaca się miastu na wiele sposobów. Poza względami ściśle finansowymi uzyskujemy w ten sposób niesamowite źródło promocji" - mówi Oliver. Przypomina choćby serial "Sex and the City", który był po prostu filmową pocztówką Nowego Jorku - ekran pokazał tak wiele znanych i mniej znanych miejsc. "Turyści - a przy okazji miłośnicy serialu - chcą zobaczyć, gdzie jest ochraniana przez bramkarza Magnolia Bakery, w której bohaterki kupowały ciastka, w którym salonie przymierzały buty Manolo Blahnika i tak dalej" - uśmiecha się szefowa MOFTB.
Miasto nie bierze dziś pieniędzy za pozwolenia na kręcenie filmów w mieście, podczas kiedy w Los Angeles jedno takie pozwolenie kosztuje 200 dolarów. Chyba że plan zlokalizowany jest na prywatnej posesji, np. w hotelu - wówczas wytwórnia filmowa musi uzgodnić szczegóły finansowe z jego właścicielem. Poza tym w parkach czy na ulicach można z pozwoleniem od miasta kręcić do woli. Amatorzy filmów wiedzą, że kiedy w danym miejscu szykuje się ujęcia do jakiegoś nowego filmu czy też nakręcenia reklamy, teren jest oznaczony specjalnymi planszami ze znakami policji i MOFTB. Z tych oznaczeń można się dowiedzieć, co będzie tu kręcone i kiedy. Wystarczy przyczaić się z aparatem i czekać na znanych aktorów.

To się opłaca

Amerykańskie wytwórnie, które zdecydują się nakręcić film w Nowym Jorku mogą liczyć na ogromne ulgi podatkowe. Pod warunkiem, że 75 proc. budżetu produkcji zostanie wydane w mieście i 75 proc. zdjęć będzie nakręconych w Nowym Jorku, a nie na przykład w studiu gdzieś w Kalifornii. Aby przekonać się, czy film skorzystał z tej nowojorskiej oferty, wystarczy przeczekać napisy końcowe i wypatrywać wśród nich okrągłego loga kampanii "Made in NY". Miasto sponosoruje też miejsce na wiatach przystanków autobusowych oraz na budkach telefonicznych, by produkcja mogła być na nich reklamowana przed premierą. "Przed wprowadzeniem tych udogodnień miasto zarabiało co roku na filmach jakieś 2,5 mld dolarów. Dzięki kampanii udało się podwoić zyski do 5 mld dolarów rocznie. To tym bardziej imponujące, że miasto nic nie bierze za pozwolenia na kręcenie. A więc zyski pochodzą głównie z podatków miejskich, jakie członkowie ekip filmowych płacą m.in. za hotele, catering, ochronę, pralnie, jedzenie itp. W oczywisty sposób korzystają z tego nowojorskie biznesy. Miasto daje filmowcom specjalne karty zniżkowe, które ci mogą wykorzystać, kupując w sklepach, czy jedząc w restauracjach oznaczonych logo "Made in NY". Na filmowcach zarabiają wszyscy.
"Niech o sukcesie akcji świadczy choćby fakt, że kiedyś ekipy kręciły za granicą 'udając' tam Nowy Jork, tymczasem nierzadko dziś to Nowy Jork 'gra' inne miasta. Tak więc udało się zupełnie odwrocić zjawisko z okresu po 9/11" - mówi Oliver. I wymienia podukcje hinduskiego kina Bollywood, które upodobało sobie do kręcenia Queens, gdzie mieszka wielu Hindusów. Z kolei na Staten Island - z uwagi na jej podmiejski charakter - kręci się filmy, gdzie potrzebne są plany imitujące prowincję. Choć taki film w ogóle nie musi być o Nowym Jorku, wytwórnia może też liczyć na zwrot podatku. St. Regis Hotel zagrał na przykład paryską restaurację w jednym z odcinków "Sex and the City". A czy oglądaliście nagrodzony Oskarem film "Departed" Martina Scorsese? Akcja dzieje się w Bostonie, ale w tym mieście nakręcono raptem kilka ujeć. Produkcja niemal w całości powstała na ulicach Nowego Jorku. I to nie tylko dlatego, że Scorsese jest nowojorczykiem. "Kręcenie w Nowym Jorku stało się po prostu tanie" - mówi Katherine Oliver.



Gwiazdor Manhattan

Miejsca, które były scenami w wielu produkcjach, można spotkać w Nowym Jorku na każdym niemal kroku. I to nie tylko na Manhattanie, choć wyspa oczywiście przoduje jako swoisty "bohater". Niektóre z miejsc "grały" wielokrotnie w różnych filmach. Central Park i okolice są szczególnie wdzięczną scenerią do filmowania. Tutaj kręcono m.in. jedną ze "Szklanych Pułapek" ("Die Hard: With a Vangeance"), film "Kevin sam w Nowym Jorku", "The Out of Towners", "Devil Wears Prada", "Birth" z Nicole Kidman, musical "Hair", "Godspell" przy fontannie Bethesda, "Cruising", a w słynnym za sprawą Johna Lennona i Yoko Ono apartamentowcu Dakota powstało "Dziecko Rosemary". Columbus Circle i wejście do parku od strony południowo-zachodniej pojawiły się w "Taksówkarzu" czy "Ghostbusters". To tutaj też wśród krzaków wokół Trump Tower robił kupę filmowy Borat. Musical "West Side Story" kręcono wśród kamienic, na których miejscu stoi dzisiaj Lincoln Center.
Legendarny hotel Plaza przerabiany dziś na luksusowe rezydencje ma za sobą znaczącą "karierę aktorską" - widać go również wewnątrz m.in. w jednym z "Krokodylów Dundee", "Milionie dolarów napiwku", czy filmie "Almost Famous". Stojący naprzeciw sklep zabawkowy FAO Schwarz pamiętamy z gry na pianinie Toma Hanksa w filmie "Duży". Zaś sklep z biżuterią Tiffany & Co. kojarzy się przede wszystkim ze "Śniadaniem u Tiffany'ego", ale też z filmem "Sweet Home Alabama" z Reese Witherspoon w roli głównej, a także z "Midnight Cowboy" oraz "Bezsennością w Seattle". Nie sposób policzyć, ilu turystów przyszło w te miejsca, kojarząc je właśnie z filmami.
Tak samo jak nie da się stwierdzić dokładnie, w ilu filmach zagrał na przykład Times Square. Pamiętny film "Times Square" z 1980 roku, czy scena w "Vanilla Sky" z Tomem Cruisem nienaturalnie wyludnionego skweru, zwykle buzującego życiem to tylko dwie produkcje, które od razu przychodzą mi na myśl. Budynek biblioteki głównej między 5 Ave. i Bryant Parkiem jest m.in. w "Ghostbusters", "Spidermanie", "Regarding Henry" z Harrisonem Fordem czy w "King Kongu", ale tym z 1976 roku. Ten najnowszy powstał w całości w Nowej Zelandii, a Nowy Jork był w nim imitowany komputerowo. Jeśli chodzi o "pogromców duchów" to na dolnym Manhattanie istnieje remiza strażacka, która była w filmie bazą "Ghosbustersów". Do dziś strażacy szczycą się tym faktem, a duży symbol duszka w znaku zakazu zdobi ścianę remizy.
Słynny płaski budynek Flatiron pojawia się w "Armageddonie", jest siedzibą gazety, w której pracuje Peter Parker ze "Spidermana", a naprzeciw niego mieści się filmowa redakcja magazynu, w którym udziela się Eva Mendes w filmie "Hitch". Inna manhattańska ikona - hotel Chelsea. Gary Oldman grał na tutejszym balkonie Sida Viciousa w filmie "Sid & Nancy", tutaj też powstała słynna scena z kostką lodu w "9 i pół tygodnia". Takie przykłady można by mnożyć. Przy czym filmy rodzą się też w pozostałych dzielnicach metropolii. Nie ma tu miejsca na wspomnienie ich wszystkich, ale wymienię choćby film "Siege" z 1998 roku, który kręcony był m.in. na Greenpoincie.



Cosby i Friends

Przy okazji poznawania kulisów powstania filmów w Nowym Jorku można obalić wiele mitów. Mimo że w East Village istnieje bar sieci Coyote Ugly, przybytek w filmie pod tym tytułem zagrał lokal Hogs & Heifers w Meatpacking District. Pamiętacie serial "Cosby Show" i tę słynną fasadę domu lekarza Huckstable i jego rodziny w zacisznej uliczce pośród szpaleru drzew? Mimo że w serialu miał stać na Brooklynie, w rzeczywistości są to okolice St. Luke's Place i Hudson Street w Greenwich Village. Adres musi być w takich przypadkach zmyślony, w przeciwnym razie osoby tu mieszkające nie mogłyby się opędzić od gapiow i natrętów. "Sąsiad z domu obok widząc wycieczki idące szlakiem filmowym po Nowym Jorku, wychyla się czasem z okna i wrzeszczy do nas: 'To nie tu. To na Brooklynie!" - śmieje się Roseanne Almenzar, która oprowadza grupy po miejscach, w których kręcono filmy.
To prywatny dom i jego zdjęcia z zewnątrz widać było kilkakrotnie w każdym odcinku, ale wnętrza kręcono w studiu. Za każdym razem, kiedy fasada pojawiała się na ekranie, właściciel budynku kasował 1500 dolarów. Dziś wartą 10 mln dolarów nieruchomość podzielił na 5 mieszkań po 400 stóp kwadratowych i wynajmuje je po 2,5 tys. dolarów za jedno. Tuż obok mieszka autor książki "West Side Story", a w basenie w małym parku naprzeciw kręcono "Wścieklego byka" z Robertem De Niro. Drzwi od "domu Hickstablów" zagrały też w "Jesieni w Nowym Jorku" - melodramacie z Wynoną Ryder i Richardem Gere. To prawdziwie filmowa okolica.
Kilka bloków dalej - na Grove Street - stoi budynek, w którym "mieszkają" przyjaciele ze znanego serialu "Friends". Na ekranie to rent-stabilized apartment babci Moniki. Gdyby jednak sam tylko serialowy adres był prawdziwy - 495 Grove St. - budynek musiałby stać gdzieś na środku rzeki Hudson. Wystarczy przypatrzeć się dokładniej, żeby zorientować się, że coś tu nie gra. Nie ma tu żadnego balkonu, z którego przyjaciele obserowali nagiego sąsiada. Na parterze jest kawiarenka o nazwie "Little Owl" urządzona w kolorach czerwieni i granatu. Występujący w serialu zielony "Central Perk" jest więc wymysłem, a sceną było kalifornijskie studio filmowe.
Cały serial "Friends" poza zdjęciami budynków powstawał w studiach w Burbank w Kalifornii. Stworzono tam nawet replikę fontanny Pulitzera sprzed hotelu Plaza, w której bohaterowie taplają się w czołówce każdego odcinka. Siłą rzeczy bohaterowie serialu nie mogli - jak to miało miejsce na ekranie - biegać stąd na jogging do Central Parku, bo to jakieś 3 mile, nie mogli też obserwować z okien parady balonów w Święto Dziękczynienia. "Wiele osób jednak nie zwraca na takie detale uwagi. Często zdarza się tak, że kiedy zbieram grupę na wycieczkę po filmowych miejscach, zjawi się ktoś, kto pyta: czy to wycieczka do domu 'Przyjaciół'?". Tylko to ich interesuje. Cóż można poradzić..." - opowiada Roseanne.
Marcin Poznań

Friday, May 11, 2007

Hillary Clinton fe

Na początku kwietnia "Nowy Dziennik" opublikował tekst, pod którym się podpisałem, a traktujący o przyłączeniu się Sen. Hillary Clinton do apelu skierowanego do polskiego premiera o przypeiszenie prac nad ustawą o zwrocie mienia zagrabionego przez wojnie przez władze PRL, głównie żydowskiego. To zwykły chwyt obliczony na pozyskanie pewnej grupy wyborców. Tymczasem sam odebrałem telefon od jednego z Czytelników - jak podkreślał - obywatela Polski i USA. Nie przebierał w słowach, nazywając Clintonową "wstrętną babą" między innymi i każąc jej zająć się sprawami Nowego Jorku. Jako obywatel polski domagał się natomiast od gazety opublikowania petycji, którą każdy (trzeba podkreślić to słowo), mógłby wyciąć i wysłać do pani senator ze stanowiskiem podobnym do tegoż Czytelnika. Kiedy zwróciłem uwagę, że jako obywatel amerykański może i osobiście też napisać swoje uwagi do swojej - z racji zamieszkania - senatorki. Tutaj już zapał trochę opadł. O świętym prawie do własności Czytelnik też pewnie zapomniał. Tak to jest czasem z pojmowaniem obywatelstwa i wynikającym z niego praw i przywilejów.

Thursday, May 10, 2007

zagraniczni korespondenci w NY

Wziąłem udział w organizowanej przez jedną z miejskich komórek wycieczce po mieście, podczas której pokazywano miejsca, które "zagrały" w filmach. Celem była promocja produkcji filmowej w Nowym Jorku. Byłem bardzo zdziwiony, jak wielu z zagranicznych dziennikarzy niewiele wie o Nowym Jorku. To dotyczyło zwłaszcza Azjatów oraz 3-osobowej ekipy telewizji Al-Arabiya. Rozumiem, że ktoś może być tu "świeżakiem", ale niektórzy z nich są tu z rok czasu. Tymczasem nie bardzo mieli pojęcie, jak dostać się do domu metrem z miejsca innego niż robią to rutynowo co dzień po skończonej pracy. A kiedy urzędniczka mówiła o miejskiej infolinii 311, kręcili ze zdumienia głowami. Nie jestem korespondentem, ale wydawało mi się, że jak ktoś tu mieszka i pisze o tym mieście powinien to wiedzieć. Pominę już fakt, że angielski co najmniej dwóch osób był bardzo łamany... Ciekawe kryteria kwalifikacji korespondentów zagranicznych.

Tuesday, May 8, 2007

Busha wpadka za wpadką


Swoją przemowę Bush zaczął od słów, że królowa bardzo dobrze zna Stany Zjednoczone. - Przecież jadała kolacje z dziesięcioma prezydentami USA. Uczestniczyła w obchodach rocznicowych w tysiąc siedemset..., eee tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym - powiedział prezydent.

Pomyłka Busha wzbudziła wśród kilkutysięcznej publiczności ogólną wesołość. Tylko królowa pozostała nieporuszona i łypała na prezydenta spod kapelusza - pisze Telegraph.co.uk. Wtedy Bush popatrzył na nią, odwrócił się do tłumu i stwierdził: ''Spojrzała na mnie dokładnie tak, jak matka patrzy na dziecko".

Przeczytaj szczegóły w Star Telegram.

Wpis z forum na "Wyborczej":
PS. Czasami odnoszę wrażenie, że Amerykanie i Polacy wybrali sobie takich
durniów na prezydentów, by mieć ubaw na kilka lat. Szkoda tylko, że kretynizm
mężów stanu jest tak kosztowny.