Friday, February 1, 2008

Uzależniony od popcornu


O tym, że ze sprzedaży prażonej kukurydzy poza salami kinowymi można zrobić niezły interes przekonać się można w Nowym Jorku.


Jak zwykle w takich wypadkach potrzebny jest dobry pomysł, opakowanie i... lokalizacja w strategicznym z turystycznego punktu widzenia miejscu. Firma Dale and Thomas Popcorn... - tak, to drugie nazwisko współwłaściciela należy do byłej gwiazdy koszykówki NBA, a obecnie do znienawidzonego przez kibiców trenera Knicksów - ma swój sklep m.in. na Times Square na Manhattanie. Isiah Thomas, u którego w domu rodzinnym się delikatnie mówiąc nie "przelewało", wychowany został na popcornie - rodzice kupowali go do jedzenia swoim dzieciom, bo był tani i sycący. Pewnego razu trafił do fabryki popcornu na Upper West Side, spróbował prażonej kukurydzy i postanowił zainwestować w wytwórnię. Wówczas też zmieniono nazwę firmy z "Popcorn, Indiana" (takie miejsce naprawdę istnieje!), a siedzibę przeniesiono do Englewood w New Jersey.

Szef kuchni do spraw popcornu

Kluczem do sukcesu okazało się opatentowanie smaków, jakimi można doprawiać otwarte ziarna kukurydzy. Dale and Thomas Popcorn ma obecnie w asortymencie kilkadziesiąt rodzajów popcornu. Niektóre smaki są wprowadzane do sprzedaży w zależności od pory roku - aktualnie można spróbować m.in. prażonej kukurydzy o smaku cynamonu, wędzonego sera cheddar, karmelu, toffi i czekoladowego masła orzechowego. Kiedy indziej promowane są np. smak "popuccino", (nietrudno się domyślić o jaki chodzi), słodko-kwaśny BBQ, buffalo wings albo ziołowo-czosnkowy. Ponieważ sam jestem miłośnikiem popcornu, bez którego z trudem obchodzę się podczas oglądania jakiegokolwiek filmu, nie byłbym sobą, gdybym nie popróbował choć niektórych z tych wyjątkowych smaków.
W sklepie można kupić także zestawy podarunkowe - kosze wypełnione kilkoma-kilkunastoma paczkami prażonej kukurydzy w różnych smakach. Dla fanów popcornu można kupić zestaw odpowiednich miseczek, a na imprezę - 3,5-galonową puszkę smakołyku za 35 dolarów. Wśród tych ostatnich są i ręcznie malowane 6,5-galonowe blaszane puszki, które wystarczą i na 100-osobową prywatkę. Cena? 500 dolarów.
W Dale and Thomas chwalą się, że pracuje dla nich pierwszy na świecie kucharz - specjalista od popcornu. To właśnie Ed Doyle występuje w reklamach i akcjach promocyjnych, bo też właśnie on jest autorem nowatorskich smaków, w których mogą przebierać klienci. Kupować popcorn można też przez internet.

Z Chicago do Nowego Jorku

Przy 34 Ulicy pomiędzy 7 a 8 Aleją w okolicach Madison Square Garden i Penn Station znaleźć można z kolei sklep z prażoną kukurydzą sieci Garrett, która powstała w Chicago prawie 60 lat temu. Prażone wyroby tej firmy zaliczała kilkakrotnie do swoich ulubionych Oprah Winfrey, co dużo znaczy, a już z pewnością jest rekomendacją ściągającą klientów i ich pieniądze. Rodzina Garrettów nie ma może tak wielu smaków popcornu jak Dale i Thomas, ale konsekwentnie promuje swoje trzy najbardziej znane rodzaje - kukurydzę zwykłą, serową i karmelową. Każdy klient może sam dobierać sobie smaki kukurydzy, a - by ułatwić mu zadanie - w sprzedaży jest tzw. mix - 2 lub 3 smaki w jednej puszcze. Dla różnych rozmairów żołądków i podniebień przygotowano różne rozmiary blaszanych puszek - od 1 do 6,5 galonów pojemności. Cena? Od 26 do 130 dolarów. Drugi punkt sieci Garrettów w Nowym Jorku jest przy 5 Alei - na wysokości 46 Ulicy. Pozostałych 5 znajduje się w Chicago.

Friday, January 11, 2008

Miejskie toalety jak z innej planety...













... czyli reportaż z publicznego sracza

Na Manhattanie pojawił się pierwszy z dwudziestu publicznych, w pełni zautomatyzowanych szaletów miejskich.

Premierowa ubikacja stanęła w czwartek w Madison Square Park od strony Madison Ave. W piątek rano, kiedy przyjechałem zrobić zdjęcie tej nowości, ktoś był w środku. Na swoją kolej czekałem dość długo. Jednak trudno się dziwić - za 25 centów każdy chciałby wykorzystać maksymalnie 15 minut przysługujących na jedną wizytę. W tym czasie zdążyłem dokładnie obejrzeć ubikację z zewnątrz. Jest wielkości kiosku z gazetami i doskonałym miejscem na zamieszczenie na niej reklam, których jeszcze brakuje. Obok odsuwanych niczym w windzie drzwi panel światełek, dających znać, kiedy toaleta jest zajęta, kiedy otwarta, kiedy zepsuta, a kiedy zamknięta na noc. "W nocy wiele ludzi chciałoby się w niej pewnie przespać, albo uprawiać seks" - mówi uśmiechając się Eliuzes Serrano, pracujący przy sprzątaniu parku.



Kiedy już chcę wchodzić, pan Serrano nakazuje mi się wstrzymać. Tłumaczy, że po każdym użyciu drzwi zamykają się na minutę, a pusta toaleta jest dokładnie dezynfekowana. Widać, że z zachwytem opowiada o nowym obiekcie w swoim miejscu pracy. Czekam na zielone światełko obok napisu "Vacant". Wrzucam swoje 25 centów i drzwi się otwierają. Wchodzę przy mrugającym na pomarańczowo świetle. Tu chwila konsternacji, bo drzwi zamykają się dopiero po kilkunastu sekundach, a brakuje przycisku, który mógłby zamknięcie drzwi przyspieszyć, jak np. w windach. Aż boję się pomyśleć, co może zrobić osoba z pilną potrzebą... Zacząć ją załatwiać przy otwartych drzwiach?
W wyciszonym wnętrzu, o wiele większym niż w przenośnych, plastikowych toaletach, jest dość chłodno i mokro. Krople są pozostałością po cyklu dezynfekcyjnym. Dlatego papier toaletowy, którego podajnik uruchamia się przyciskiem, jest cały zmoczony. Muszla klozetowa w kolorze metalicznym i o bardzo wąskiej krawędzi sprawia wrażenie zimnej i nie zachęca do posadzenia na niej swojego ciała, mimo dostępnych papierowych podkładek do rozścielenia. Nie słychać odgłosów ulicy, ani muzyki, a jedynie spokojnie szumiącą klimatyzację. Ktoś kto załatwia dłuższą potrzebę, może tu poczuć się niemal jak Adam Małysz testujący nowy kombinezon w komorze aerodynamicznej.



Czas wypróbować równie metaliczną jak muszla umywalkę - nad nią jeden uruchamiany fotokomórką moduł. Najpierw dłonie spryskiwane są wodą z mydłem, następnie obmywane czystą wodą, a na końcu włącza się suszarka. Z przysługujących mi 15 minut na wizytę w nowej miejskiej toalecie wykorzystałem może z 5, załatwiając krótką potrzebę i robiąc kilka zdjęć wnętrza dla gazety. 3 minuty przed upływem kwadransa zapala się światełko ostrzegawcze, a po tym czasie drzwi się otwierają. Ja nie czekam tak długo. Naciskam przycisk, który umożliwia otwarcie drzwi wcześniej.



W najbliższym czasie w różnych częściach Nowego Jorku staną kolejne takie "cudeńka". Każda toaleta kosztuje ponad 100 tys. dolarów. Ustawia je hiszpańska firma reklamowa Cemusa na podstawie wartej 1,4 mld dol. umowy z miastem. Podobnie jak wiaty przystanków autobusowych i budki z gazetami są one dla niej nośnikami reklamy.


Tuesday, December 11, 2007

Nasza-klasa pomaga odnaleźć starych znajomych

Kiedy grupa wrocławskich studentów zakładała serwis Nasza-klasa.pl, żaden z nich nie spodziewał się, że tak szybko ich pomysł może zamienić się w taki sukces.

W listopadzie minie rok, odkąd istnieje strona internetowa. Za granicą istnieją podobne, np. amerykański serwis Classmates ze swoimi wersjami we Francji, Niemczech i Skandynawii. W Classmates można szukać znajomych poprzez szkoły, do których chodzili, przez wojskowy oddział, w którym służyli, czy też po prostu poprzez miejsce pracy, w którym byli zatrudnieni.
Nasza-klasa.pl to pierwszy tego typu serwis społecznościowy w Polsce. Można tutaj odnaleźć znajomych poprzez szkoły - służy do tego specjalna mapa Polski z miastami i wyszczególnionymi szkołami - albo poprzez wyszukiwarkę, gdzie wpisuje się nazwisko i miasto. W bazie danych naszej-klasy.pl jest 60 tys. szkół z całej Polski. Są tam też szkoły, które zostały przed laty zlikwidowane, ale ich zachowanie w bazie danych pomaga uczniom z tych szkół odnaleźć się nawzajem .

KTOŚ MNIE ZAPROSIŁ

Zaproszenie do Naszej-klasy.pl przysłał mi w maju kolega ze studiów. Wszedłem z ciekawości na stronę i założyłem swoje konto. Wystarczyło wybrać, do jakich szkół chodziłem. W ten sposób mogą mnie znaleźć inni użytkownicy strony. Zauważyłem, że istniała już duża grupa studentów mojej uczelni i założona przez mojego kolegę garstka z kierunku naszego rocznika. Ja postanowiłem pójść jeszcze dalej i spróbować odnaleźć znajomych ze szkoły podstawowej i liceum. Jeśli ich nie ma, można założyć klasę, aby później zaprosić do niej znajomych, wysyłając do nich zaproszenia. Tak też zrobiłem. Każdy, komu wyślę zaproszenie - służy do tego specjalna komenda - i zostanie ono przyjęte, pojawia się wśród moich znajomych. Odwrotnie działa to tak samo - u każdego, kto przysyła mi zaproszenie, które zostanie z kolei przeze mnie zaakceptowane, pojawiam się jako "znajomy".
Wszyscy znajomi są oznaczeni ogólnie - właśnie jako "znajomi" - ale także podzieleni na klasy i szkoły, które każdy z użytkowników może przyporządkować do swojego profilu. Dla użytkowników komunikatorów skype i gadu-gadu twórcy strony stworzyli opcję, dzięki której po załadowaniu listy kontaktów od razu można się przekonać, kto z użytkowników tych komunikatorów ma też konto w Naszej-klasie.pl. Jest też miejsce do wysłanie e-maila z zaproszeniem do portalu osoby, która może nie mieć jeszcze własnego konta w Naszej-klasie.pl.
Każdy użytkownik tworzy swój profil, w którym może podać dane kontaktowe. Jest też opcja zamieszczenia na stronie swoich zdjęć. Muszę przyznać, że to fascynujące oglądać, jak pozmieniali się ludzie, których ostatni raz widziało się kilka-kilkanaście lat temu. Gdzie dziś mieszkają, gdzie pracują, że założyli rodzinę, że mają już dzieci... Ta strona naprawdę pomaga odświeżać stare znajomości.

JAK TO DZIAŁA

Autorzy strony uzupełnili ją o możliwość wysyłania sobie wiadomości oraz o fora internetowe, na których dyskutować mogą uczniowie tych samych szkół, choć z różnych roczników. Na forum poświęconym mojemu liceum wdałem się w dyskusję o najlepiej wspominanym nauczycielu. To ciekawe móc dowiedzieć się, jak uczący się dziś w tej szkole widzą tych ludzi, którzy uczyli mnie tak dawno. Ba, że jeszcze uczą...
Zresztą kilku nauczycieli jest też wśród moich "znajomych". Najbardziej zaskakujące w pozytywnym znaczeniu tego słowa są zaproszenia do grona "znajomych" od osób, które mnie znały, a mnie w ich przypadku pamięć zawodzi. Pytają co porabiam, wspominają stare czasy i wysyłają zdjęcia... "Zapukała" do mnie koleżanka z liceum, która zaczynała naukę w szkole, kiedy ja już szykowałem się do matury. Zapamiętała mnie, choć ja - przyznam się - w ogóle jej na początku nie kojarzyłem...
Odkąd założyłem swój profil w maju, minęło 5 miesięcy, a na moim koncie jest już ponad 60 znajomości - od szkoły podstawowej zaczynając, przez liceum i uniwersytet, aż po znajomości z rodzinnego miasta, czyli z tzw. podwórka, na którym bawiliśmy się w dzieciństwie... Wiele osób zostało w starym mieście. Niektórzy pod fotografią przy profilu umieścili nazwy "Londyn", "Manchester", "Nowy Jork" i inne.
Strona aktualizuje się automatycznie. Jeśli ktoś nowy dołączy do naszej klasy lub szkoły albo któryś z naszych znajomych doda jakieś nowe zdjęcie do swojego profilu, wiadomo o tym od razu, bo nowe zdjęcia i kontakty pojawiają się na głównej stronie serwisu, zaraz po tym, jak się do niego zalogujemy.

ZNANY I LUBIANY

"Serwis jest pomysłem tak właściwie jednego chłopaka - Maćka Popowicza - studenta informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim, który nie chciał stracić kontaktu ze swoimi znajomymi z liceum. Popytał kolegów z roku i wraz kilkoma z innymi studentami informatyki postanowili spróbować stworzyć stronę internetową i tak to się zaczęło" - mówi Joanna Gajewska, odpowiedzialna w Naszej-klasie.pl za promocję i kontakty z mediami.
Wszyscy zaangażowani w projekt są wciąż studentami. Najstarszy członek ekipy ma 25 lat. Obecnie pracuje nad nim 10 osób. "Początki były trudne. Pracowaliśmy po 16 godzin dziennie. Często nie dosypialiśmy, żeby tylko portal działał. A do tego jeszcze nauka" - wspomina Joanna, która skończyła polonistykę i rozpoczęła ostatni rok psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. "Teraz już się to wszystko unormowało, mamy nowe serwery, odpadły więc problemy z szybkością i wydajnością portalu. Co nie znaczy, że mamy mniej pracy, bo serwis cały czas trzeba ulepszać" - dodaje.
Czy pomysłodawcy strony mogli przypuszczać, że tak szybko stanie się sukcesem w Polsce? Po niespełna roku działania Nasza-klasa.pl ma około 750 tys. użytkowników. Joanna przyznaje, że mieli nadzieję, że pomysł portalu się ludziom spodoba, ale nie przypuszczali, że grono użytkowników może tak się rozrosnąć. "Obserwowaliśmy takie fale wzrostu wraz z pojawieniem się materiałów w telewizji o Naszej-klasie.pl" - przypomina.
Najpierw większość osób logujących się na portalu pochodziło z Wrocławia i z Dolnego Śląska. Dziś z serwisu korzystają już osoby z każdego niemal zakątka Polski oraz z zagranicy. Jest już dość popularny wśród Polaków mieszkających w Nowym Jorku - korzysta z niego prawie tysiąc osób, które jako miejsce pobytu wpisują w swoim profilu "New York".
"O Naszej-klasie usłyszałam od znajomych z liceum. Zalogowałam się, żeby odświeżyć stare znajomości i sprawdzić od czasu do czasu, co kto porabia i czym się zajmuje. Odnalazłam wielu znajomych, nawet tych z dzieciństwa i podstawówki. Czasem jest ich trudno rozpoznać, ale to właśnie mi się najbardziej podoba, bo jestem ciągle zaskakiwana przez ich osiągnięcia oraz gdzie się teraz znajdują" - opowiada Gosia Jarema, która studiuje księgowość na uniwersytecie stanowym w Fayetteville w Północnej Karolinie. "Nasza-klasa bardzo mnie wciągnęła. Odwiedzam stronę nawet kilka razy dziennie. Ogólnie oceniam ją jako user-friendly, ale mam nadzieję, że z biegiem czasu pojawi się na niej więcej aplikacji" - ocenia Gosia, która w przyszłym roku kończy studia i przenosi się do Nowego Jorku. Liczy na pracę w Lehman Brothers. W nowojorskiej centrali tego banku inwestycyjnego odbywała już zresztą staż.
Inna użytkowniczka korzystała dość często z Naszej-klasy.pl, pracując podczas wakacji w jednym z londyńskich oddziałów banku HSBC. "Kierownictwo zablokowało wszystkie strony czatowe i pocztowe, więc kiedy nic się nie dzieje w pracy Nasza-klasa jest jedyną stroną, przez którą mogę się kontaktować ze znajomymi" - pisała do mnie Iza Dudzik, obecnie na lekarskim stażu po Śląskiej Akademii Medycznej.

SPOTKANIA PO LATACH

Serwis początkowo był finansowany niemal w całości z kieszeni pomysłodawców. Pierwsze wpływy z reklam pojawiających się na stronie przeznaczane były na zakup kolejnych serwerów. W pewnym momencie zainteresował się portalem niemiecki fundusz inwestycyjny European Founders, który zainwestował już m.in. w niemiecki portal aukcyjny Alando, wykupiony 8 lat temu przez ebay, a także w LinkedIn - znany portal społecznościowy dla ludzi biznesu oraz w notowany na giełdzie NASDAQ serwis randkowy iLove. Dzięki partnerstwu z funduszem, który wykupił 20 proc. udziałów spółki, znalazły się pieniądze na rozwinięcie poważniejszej działalności. Choć według "Gazety Wyborczej" wartość witryny wyceniana jest na 15 mln zł, trudno jednak mówić jeszcze o zyskach z portalu, bo na obecnym etapie pieniądze służą jedynie na pokrycie kosztów związanych z bieżącą działalnością. Asia w najbliższej przyszłości planuje w całości poświęcić się pracy w Naszej-klasie.pl, bo - jak mówi - na razie ma to charakter "ochotniczo-koleżeński".
Autorzy strony dają użytkownikom możliwość zwracania uwagi na błędy oraz proponowania nowych rozwiązań dla serwisu - co zmienić, dodać, ulepszyć. Służy do tego osobne forum. "Okazuje się, że użytkownicy często korzystali z tej możliwości. Zwracali uwagę, że brakuje im ułatwienia śledzenia zmian dokonywanych przez ich znajomych - że ktoś dodał zdjęcie, zmienił dane kontaktowe. Dlatego jedną ze zmian, które wprowadziliśmy po sugestiach internautów to powiadomienia" - mówi Joanna.
Stworzenie takiego portalu przez grupę młodych ludzi to dla nich olbrzymia satysfakcja. "
Użytkownicy dziękują nam w miłych mailach wysyłanych do nas. Ludzie się rzeczywiście dzięki nam odnajdują. Najwspanialszymi chwilami dla nas i ogromną satysfakcją są te momenty, kiedy piszą do nas ludzie i dziękują, bo udało im się odnaleźć znajomych z lat 60. i 70. Spotykają się ze sobą ludzie po 25-30 latach, którzy nie wierzyli, że jeszcze kiedyś się zobaczą. Temu wszystkiemu towarzyszą duże emocje
" - mówi Joanna. Powstało nawet forum, na którym autorzy strony zachęcają do wymieniania się wrażeniami na temat spotkań po latach.
A czy ty masz swoje konto na Naszej-klasie.pl? - pytam niepewnie Joannę. "No jasne" - odpowiada Joanna ze śmiechem, ale jednocześnie ze zdziwieniem, jak mogę pytać o coś tak banalnego. Kilka godzin po rozmowie z nią na moim koncie w Naszej-klasie.pl pojawia się zaproszenie do grona znajomych od Asi Gajewskiej.

Marcin Poznań

Wednesday, November 7, 2007

Nowy sklep z elektroniką na Ridgewood


Właściciel B-Z John Computer & Electronics - znanego na Greenpoincie salonu ze sprzętem elektronicznym - otworzył kilka tygodni temu swój drugi sklep na Ridgewood.

Do tej pory mieszkańcy Ridgewood po zakupy telewizora czy komputera udawali się zwykle do sklepów przy Myrtle Ave. albo jeździli do dużych centrów handlowych przy Queens Blvd. Teraz do nowoczesnej elektroniki będą mieli znacznie bliżej.
"Greenpoint robi się coraz droższy i jednym z miejsc, gdzie wyprowadzają się stamtąd ludzie jest właśnie Ridgewood" - mówi Janusz Opiola, właściciel nowego sklepu przy 68-19 Fresh Pond Road, który powstał w miejscu, gdzie kiedyś istniała siłownia. "Można więc powiedzieć, że przyszliśmy za klientami" - dodaje. Nie ukrywa, że do sukcesu przyczynia się znana marka sklepu. Pierwszy salon ze sprzętem elektronicznym otworzył na Greenpoincie już 7 lat temu. W obu kupić można nie tylko telewizory czy komputery, ale także sprzęt gospodarstwa domowego, jak np. odkurzacze, żelazka czy pralki. Poza tym B-Z John ma w ofercie m.in. wieże stereo, gry komputerowe, baterie, torby na laptopy. Można tutaj też znaleźć pomoc, jeśli nasz komputer odmówi współpracy i potrzebuje naprawy.
"Wystartowaliśmy kilka tygodni temu. Muszę przyznać, że byłem bardzo pozytywnie zaskoczony obrotami w ciągu pierwszych dwóch tygodni, choć jeszcze wówczas praktycznie nie reklamowaliśmy nowego sklepu, bo byliśmy zajęci jego urządzaniem" - mówi Janusz. Przyznaje, że planował tak "wstrzelić się" z terminem otwarcia nowego sklepu, aby trafić na gorączkę przedświątecznych zakupów.
O polskich klientach ma jak najlepsze zdanie. Stanowią oni zresztą - jak ocenia - 70 proc. jego dotychczasowej klienteli. "Jeśli Polacy kupują sprzęt, to jest to zawsze sprzęt z górnej półki. W przeciwieństwie do Amerykanów stawiamy na bardzo dobrą jakość. Nie kupujemy tanich rzeczy. Na elektronice nie oszczędzamy" - uważa Janusz. W jego sklepie przy FPR pracują 3 osoby, w salonie przy Bedford Ave. - 5 osób.
Mniejsze sklepy z elektroniką wciąż cieszą się ogromną popularnością. Mimo ogromnej oferty ze strony dużych sieciowych sklepów takich jak Best Buy czy Circuit City, niezależne prywatne sklepy wciąż mają swoich wiernych klientów. To właśnie do tych bardziej kameralnych salonów swoje kroki często kierują imigranci gotowi kupić np. telewizor. "To wynika w pewnym sensie na pewno z bariery językowej, ale w dużej mierze sprzedawca w mniejszym sklepie ma zupełnie inne podejście do klienta. W dużym salonie wybór jest nieporównywalnie większy, ale trudno jest otrzymać od pracujących tam ludzi wyczerpujące informacje na temat kupowanego sprzętu. W sklepie takim jak ten mamy czas, by zająć się każdym klientem" - opowiada Janusz.
Marcin Poznań
marcinp@dziennik.com

Friday, August 17, 2007

Oceń metro linii "L"



MTA prowadzi kampanię, podczas której możesz wyrazić swoją opinię na temat "eLki". Na stacjach metra znajdują się ankiety, które po wypełnieniu móżna za darmo wysłać do MTA. Do wypełnienia ankiety zachęcają ulotki z informacjami w 14 językach, w tym PO POLSKU.
Ankietę po polsku można wypełnić na stronie
http://enterprise.mtanyct.info/survey/polish/letters_new.asp

8 listopada podobne ankiety rozdawane będą na stacjach linii G. Natomiast można je po polsku wypełnić już dziś na stronie www.mta.info

Jak zdobyć tanie bilety na "Rent"

Przed każdym spektaklem musicalu "Rent" przy kasach losowanych jest 30 kilka biletow na najlepsze miejsca za 20$.
Wystarczy przyjść przed Nederlander Theatre (W41 St. między 7 a 8 Ave.) i wypełnić kartkę, która następnie trafia do skrzynki. Przed spektaklem przy kasach losowane są nazwiska uprawnione do kupienia tańszych biletów.
Np. na niedzielne przedstawienie o 7 PM, kaartki rozdawane są o 5PM, a pół godziny później następuje losowanie.
Repertuar teatru znajdziesz tutaj

Wednesday, July 18, 2007

Babeczki z Magnolii


Słynną cukiernię Magnolia Bakery rozsławił m.in. serial "Sex & The City". Niedawno wróciła na łamy gazet za sprawą uchybień sanitarnych.

Nie wiadomo, jaki wpływ na stały udział cukierni z West Willage w serialu miała Sarah Jessica Parker. Fakt jednak, że sama mieszka w pobliżu może wzbudzać podejrzenia... Cukiernię otwarto w 1996 roku i już od tamtej pory dała się ona poznać jako "wytwórnia wytwornych deserów", w tym babeczek, ciast, tortów, lodów i andrutów na zimno. To najprawdopodobniej jedyna na świecie cukiernia, która zatrudnia ochroniarza. Jest to nieodzowne - długie godziny otwarcia, potrzeba zdyscyplinowania kolejki oraz przestrzeganie limitu zakupu 12 babeczek na osobę, tak aby ciastek dla wszystkich starczyło. Poza tym kiedy w środku są 3 osoby już robi się tłoczno, bo to bardzo mały sklepik.
W piątkowe i sobotnie wieczory Magnolia staje się tzw. "the place to be" dla młodych, bogatych i snobistycznych nowojorczyków, a zwłaszcza dla nowojorczanek. Przyjść po babeczkę można tu do 11:30 wieczorem (w soboty zamykają pól godziny po północy), choć samą atrakcją jest okazja poznania kogoś lub spotkania ze znajomymi. Nie wspominając już o tym, że cukiernia stała się po prostu także atrakcją turystyczną dla wszystkich tych, którzy namiętnie oglądali perypetie Carrie Bradshaw i przyjaciółek, a przyjeżdżając do Nowego Jorku prędzej przyjdą właśnie tu niż na szczyt Empire State Building. Na pewno Magnolia jest "żelaznym punktem" programu wycieczek śladami bohaterek serialu, których organizatorzy - mimo że serial nie jest już produkowany - nie narzekają na brak klienteli.

CUPCAKE CRAZE

To za sprawą Magnolia Bakery rozgorzało w Ameryce szaleństwo na punkcie babeczek zwanych z angielska cupcakes - ciastka w pomarszczonym papierku z lukrem lub bitą śmietaną i z wisienką albo słodkimi dekoracjami. Sama cukiernia zwyciężyła w 2004 roku w internetowym plebiscycie portalu Citysearch na najlepszą w Nowym Jorku. Po cierpliwym oczekiwaniu na wpuszczenie do środka, można chwycić za pudełko i nabrać sobie kilka różnych ciastek własnoręcznie - ale nie więcej niż 12 - i podejść do kasy, a póżniej już tylko rozkoszować się słodyczą. Każdy sam musi ocenić, czy to aż takie delicje w porównaniu z babeczkami w innych cukierniach.
W 1999 roku para właścicieli cukierni - Allysa Torey i Jennifer Appel wydały wspólną książkę z przepisami na ciastka sprzedawane w Magnolia Bakery. Rok później Appel otworzyła własny biznes - Buttercup Bake Shop - w Midtown na Manhattanie, zaś Torey (znana także jako Lisa Salvatore) sprzedała Magnolię nowemu właścicielowi, który przejął interes od 1 stycznia tego roku. Torey zastrzegła sobie w umowie pozostanie konsultantem cukierni przez jakiś czas.
Magnolia Bakery i jej słynne babeczki nie występowały tylko w "Sex & The City". Cukiernia pojawiła się także w takich filmach jak "Prime", "Devil Wears Prada", a także w jednej z piosenek w programie rozrywkowym Saturday Night Live w 2005 roku.

A GDZIE ZLEW?

11 lipca nowojorski wydział zdrowia, który wydaje licencję wszystkim sklepom sprzedającym żywność i produkującym produkty spożywcze na miejscu, niespodziewanie zamknął słynną cukiernię. Powód? Bardzo prozaiczny. Podczas ostatniej kontroli związanej ze zmianą właściciela okazało się, że w Magnolia Bakery nie ma umywalki dla personelu w miejscu, gdzie dekoruje się słynne smakołyki, drzwiom brakowało klamki, zaś w budynku wykryto ślady mysich odchodów i obecność muszek owocówek.
Aktualny właściciel Steven Ambrams nie przejął się jednak zbytnio tymi obostrzeniami i zapowiedział, że po poprawkach jak najszybciej cukiernię otworzą ponownie. Rzeczywiście... Braki usunięto, nowy zlewozmywak zainstalowano, tak by lokal mógł zostać ponownie otwarty już następnego dnia. Tak też się stało.
Musiało. Bo odpływ klientów stałby się dość odczuwalny dla kieszeni właściciela. A nadwątlonej reputacji Magnolia mogłaby już tak łatwo nie odzyskać.

Marcin Poznań

Jeśli chcesz odwiedzić Magnolia Bakery i spróbować słynnej babeczki, nic bardziej prostszego. Adres: 401 Bleecker Street (przy 11 St.), dojazd metrem A,C, E, L do 8 Ave. i 14 St. albo 1 do Christopher St./Sheridan Sq. Unikaj jednak piątkowych i sobotnich popołudniów z uwagi na długie kolejki.